Na fali kwietniowych wydarzeń na Węgrzech, niesiona optymizmem, spontanicznie kupiłam bilety do Budapesztu.
W sumie to już od dawna chcieliśmy zobaczyć to miasto. Dawno, dawno temu, jak nie miałam jeszcze 4 lat, moja mama była tam na wycieczce i potem przez wiele lat wspominała jak tam pięknie. Zresztą dwa lata temu i dalej była pod wrażeniem :)
A my tak planowaliśmy, planowaliśmy i niewiele nam z tego wychodziło. Aż do dnia ogłoszenia zmiany władzy na Węgrzech.
Nasz wyjazd zaplanowaliśmy na przedłużony czerwcowy weekend. Lot z Wrocławia, to niecała godzina, więc na miejscu byliśmy dość szybko.
Hotel wybraliśmy sobie po stronie Budy, ale nie w samym centrum. Zdecydowaliśmy się na obiekt z 50-metrowym basenem zewnętrznym, ale na miejscu się okazało, że oprócz niego jest jeszcze jeden 25-metrowy, a do tego drugi 50-metrowy basen kryty i do tego całe zaplecze, którego hotel był częścią.
Nie ma co się dziwić, w końcu pływanie to na Węgrzech bardzo popularny sport i okazuje się, że ponad 80% mieszkańców tego kraju potrafi pływać!
Z lotniska do hotelu jechaliśmy taksówką i moim pierwszym wrażeniem było porównanie z Azją - małe budynki zarośnięte bujną roślinnością, bałagan, nieład. Niestety to uczucie towarzyszyło mi potem często. Z jednej strony fantastyczne zabytki, miejsca zadbane, wyremontowane, pełne przepychu. Z drugiej - jeśli odejdzie się nieco od centrum, tam, gdzie dociera mniej turystów to ukazuje się brud i zaniedbanie. Szczerze mówiąc przypominał mi się Wrocław z lat 90. i miałam wrażenie, że to miasto własnie wtedy się zatrzymało. To było jedno chyba z największych zaskoczeń.
Co jeszcze nas zdziwiło? Na pewno ceny, nie spodziewałam się, że będzie aż tak drogo. Jedzenie w barach czy restauracjach nie dość, że sporo kosztuje to w większości do ceny posiłku dopisywana jest kwota za obsługę wysokości 10-15% rachunku, często bez wcześniejszej informacji.
Jedliśmy w kilku różnych miejscach, różne danie i wszędzie ceny były
wyższe niż w Polsce, a nawet droższe niż w południowej Europie. Np skarpetki tego typu w Maladze były po 7 EUR
Do hotelu dojechaliśmy późnym popłudniem, zostawiliśmy rzeczy i wszyliśmy coś zjeść, było przed 19.00 i w całej okolicy była czynna tylko dwie restauracje, z czego jedna cała zarezerwowana, wszystko inne w okolicy zamknięte. Później zwiedzając miasto też zauważyliśmy, że dużo lokali, nawet w centrum, jest czynne do 19.00-20.00, a miasto w okolicach 22.00 robiło się ciche i coraz bardziej wyludnione.
Przed
wyjazdem zaopatrzyliśmy się też w Budapest Card uprawniającą do
zwiedzania wielu atrakcji w mieście w ramach karty lub ze zniżką. Karty
są dostępe w wariantach 24, 48, 72 i 96-godzinne. My kupiliśmy tę
96-godzinną, która kosztowała 112 EUR.
Czy warto? Jeśli lubicie chodzić
po muzeach to tak, w innym przypadku odradzam. Do najważniejszych
atrakcji takich jak Parlament, Baszta Rybacka czy Bazylika św. Stefana i
tak trzeba kupić oddzielnie bilety. Ale skoro tyle wydaliśmy, to
staraliśmy się ją wykorzystać ile się da, dzięki czemu dotarliśmy też w
miejsca, gdzie dociera niewielu turystów. Na pewno dużą zaletą tej karty
jest dostęp do wszelkich środków transportu: autobusów, tramwajów,
trolejbusów i metra. Jednorazowy bilety kupiony w u kierowcy lub w
automacie pokładowym kosztuje 700 HUF, czyli ok. 8,37 zł. Nieco taniej
(500 HUF czyli 5,98 zł) kosztuje w aplikacji lub w automacie na
przystanku.
W kolejnych postach będę opisywać co zobaczyliśmy w ramach karty, a za co i tak musieliśmy zapłacić, a pełną listę atrakcji w ramach karty znajdziecie tutaj.
cdn...




















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz