Informacyjnie

Ten blog powstał przede wszystkim po to, żeby spisać swoje wspomnienia z podróży, bo pamięć jest ulotna. Od wielu lat staram się tworzyć notatki z każdego wyjazdu i jestem zdziwiona jak wiele szczegółów się zaciera.
Jeśli przy okazji ktoś może znaleźć coś dla siebie - podpowiedzi, rady, pomysły na podróż - będzie mi bardzo miło.
Wszystkie zdjęcia zamieszczone na blogu są zrobione przeze mnie lub przez mojego Męża, jeśli korzystam ze zdjęć z netu będzie o tym stosowna informacja.
Zapraszam do czytania

niedziela, 26 lipca 2026

Między Budą a Pesztem, czyli weekend w Budapeszcie, cz. 2: Buda

Zwiedzanie stolicy Węgier zaczęliśmy od Budy.
 

Przed naszym hotelem był przystanek tramwajowy, z którego praktycznie każdym tramwajem mogliśmy dojechać w okolice Wzgórza Zamkowego. No i pierwszy przyjechał ten, który dojeżdża tam od tyłu, dzięki temu mogliśmy zobaczyć nie tylko turystyczne i zadbane części miasta, ale takie jakie ono jest naprawdę - odrapane kamienice, zaniedbane ulice i chodniki, nadgryzione zębem czasu dachy, rozwalające się kominy. Widok nie był zbyt zachęcający.
 



Ale gdy już wspięliśmy się po schodach na zamkowe wzgórze klimat stał się zupełnie inny. Wąskimi uliczkami wśród zadbanych i odnowionych domów dotarliśmy na Plac Świętej Trójcy. Miejsce to przez stulecia pełniło funkcję rynku miejskiego dawnej Budy, miejsca targowego oraz centrum religijno-politycznego.


Najważniejsze obiekty znajdujące się na placu to pochodzący z XIII wieku kościół św. Macieja, Baszta Rybacka oraz Ministerstwo Spraw Wewnętrznych.
Kościół św. Macieja to bardzo oryginalna budowla - z zewnątrz prezentuje typowo gotycki styl, wnętrze nie jest takie oczywiste. W przeciwieństwie do surowych gotyckich katedr wnętrze tego kościoła eksploduje kolorami i wzorami, motywy roślinne łączą się ze zdobieniami geometrycznymi. Nie zawsze tak było, ten styl, zresztą inspirowany orientem, to zasługa XIX wiecznej rekonstrukcji.
I właśnie te wnętrza nadają świątyni zupełnie inny, niż we wszystkich znanych mi kościołach, klimat. 
Oprócz niesamowitych zdobień można zobaczyć też grobowiec jednej z królewskich par,  potężne organy, które posiadają aż 7771 piszczałek i przykościelne muzeum, gdzie można podziwić m. in. oryginalne trony i fotele koronacyjne cesarza Franciszka Józefa I i jego żony Sisi.
 






Koszt wejścia do kościoła to 3.400 HUF (ok. 40 zł), są też bilety łączone z wejściem na wieżę, ale to już odpuściliśmy. 
Budapeszt Card nie obejmuje tej atrakcji, podobnie jak kolejnej na tym placu, a mianowicie Baszty Rybackiej. Chociaż budowla została wzniesiona na przełomie XIX i XX wieku, nazwa nawiązuje do historii tego miejsca. W średniowieczu u podnóża wzgórza znajdowało się tzw. Miasto Rybackie, a rybacy przynosili swoje połowy na targ przy kościele. I akurat na cechu rybaków spoczywał obowiązek obrony konkretnego odcinka murów. Cała budowla ma ok. 140 metrów długości i znajduje się na niej siedem spiczastych, kamiennych baszt, które symbolizują siedmiu wodzów, którzy założyli państwo.
Kompleks składa się  z dolnych krużganków, do których dostęp jest dla każdego chętnego, i z górnych tarasów widokowych, na które wstęp jest płany. I to własnie z góry rozciąga się niesamowita panorama Dunaju, i całej strony Pesztu.
 


Niestety nie ma możliwości zwiedzania całej baszty,

sobota, 18 lipca 2026

Między Budą a Pesztem, czyli weekend w Budapeszcie, cz. 1 Pierwsze wrażenia

Na fali kwietniowych wydarzeń na Węgrzech, niesiona optymizmem, spontanicznie kupiłam bilety do Budapesztu. 
 

W sumie to już od dawna chcieliśmy zobaczyć to miasto. Dawno, dawno temu, jak nie miałam jeszcze 4 lat, moja mama była tam na wycieczce i potem przez wiele lat wspominała jak tam pięknie. Zresztą dwa lata temu i dalej była pod wrażeniem :)
A my tak planowaliśmy, planowaliśmy i niewiele nam z tego wychodziło. Aż do dnia ogłoszenia zmiany władzy na Węgrzech.
 

Nasz wyjazd zaplanowaliśmy na przedłużony czerwcowy weekend. Lot z Wrocławia, to niecała godzina, więc na miejscu byliśmy dość szybko. 
Hotel wybraliśmy sobie po stronie Budy, ale nie w samym centrum. Zdecydowaliśmy się na obiekt z 50-metrowym basenem zewnętrznym, ale na miejscu się okazało, że oprócz niego jest jeszcze jeden 25-metrowy, a do tego drugi 50-metrowy basen kryty i do tego całe zaplecze, którego hotel był częścią. 






Nie ma co się dziwić, w końcu pływanie to na Węgrzech bardzo popularny sport i okazuje się, że ponad 80% mieszkańców tego kraju potrafi pływać!

Z lotniska do hotelu jechaliśmy taksówką i moim pierwszym wrażeniem było porównanie z Azją - małe budynki zarośnięte bujną roślinnością, bałagan, nieład. Niestety to uczucie towarzyszyło mi potem często. Z jednej strony fantastyczne zabytki, miejsca zadbane, wyremontowane, pełne przepychu. Z drugiej - jeśli odejdzie się nieco od centrum, tam, gdzie dociera mniej turystów to ukazuje się brud i zaniedbanie. Szczerze mówiąc przypominał mi się Wrocław z lat 90. i miałam wrażenie, że to miasto własnie wtedy się zatrzymało. To było jedno chyba z największych zaskoczeń. 
 

Co jeszcze nas zdziwiło? Na pewno ceny, nie spodziewałam się, że będzie aż tak drogo. Jedzenie w barach czy restauracjach nie dość, że sporo kosztuje to w większości do ceny posiłku dopisywana jest kwota za obsługę wysokości 10-15% rachunku, często bez wcześniejszej informacji. 
 
Jedliśmy w kilku różnych miejscach, różne danie i wszędzie ceny były wyższe niż w Polsce, a nawet droższe niż w południowej Europie. Np skarpetki  tego typu w Maladze były po 7 EUR
 

Do hotelu dojechaliśmy późnym popłudniem, zostawiliśmy rzeczy i wszyliśmy coś zjeść, było przed 19.00 i w całej okolicy

sobota, 27 czerwca 2026

Hiszpania 2026 part II: fiesta na Balkonie Europy

Ostatniego dnia pobytu w Maladze zaplanowałyśmy wyjazd do Nerja. O tym oddalonym od Malagi o ok. 60 km miasteczku pisałam już podczas ostatniej wizyty, bo też tam byliśmy.
 

Bilet autobusowy przez tych 7 lat nie podrożał, zapłaciłyśmy po 4,58 EUR za przejazd w jedną stronę.
Na początku planowałam odwiedzić w końcu słynna jaskinię Cueva de Nerja, ale podczas próby zakupu biletów on-line na 15 maja wyskakiwała informacja, że bilety są niedostępne. W inne dni jak najbardziej w ten nie. Szczerze mówiąc pomyślałam sobie, że to piątek i dlatego tłum pewnie będzie, więc zdecydowałyśmy odpuścić sobie jaskinie.
Gdy dotarłyśmy do Nerja nie spotkałyśmy jednak tłumów, więc spokojnie ruszyłyśmy w stronę Balkonu Europy




Przy Plaza Balcon de Europa stoi kościół Zbawiciela (Iglesia de El Salvador), niewielka biała świątynia z kwadratową wieżą. 

Jak tylko doszłyśmy do placu zauważyłyśmy, że "coś się będzie działo", bo od wejścia do kościoła przez całą długość placu, aż do  Calle Puerta del Mar część ulicy jest wygrodzona. Pytałyśmy osoby stojące przy wygrodzeniu o co chodzi, ale nikt nic nie wiedział. Weszłyśmy więc do kościoła, gdzie w przedsionku była informacja, że właśnie 15 maja w Nerja odbywają się

poniedziałek, 15 czerwca 2026

Hiszpania 2026 part II: na królewskiej ścieżce, czyli powtórka z El Caminito del Rey

W czasie naszego pobytu w Maladze wybrałyśmy się  do przepięknego wąwozu El Caminito del Rey, czyli na ścieżkę króla. Już podczas poprzedniego pobytu w Maladze, byliśmy tu i wtedy szczegółowo opisywałam historię tego malowniczego miejsca w Parku Narodowym Desfiladero de los Gaitanes. 
Tym razem jednak trafiłyśmy na wiele lepszą pogodę, było ciepło, słonecznie, wręcz idealnie. 
 

Do El Chorro dojechałyśmy z Malagi pociągiem (w lecie jeżdżą normalnie), za bilet w dwie strony zapłaciłyśmy 8,50 EUR za osobę, więc kwota zdecydowanie niższa, niż wtedy. 
 

Wyjechałyśmy pociągiem o 9.00 i po mniej więcej półtoragodzinnej podróży wysiadłyśmy na dworcu. Przed stacją jest przystanek autobusowy, z którego autobus kursują wejścia do Caminito del Rey. Dojazd autobusem do tzw. północnego wejścia kosztuje 2,50 EUR i trwa ok. pół godziny, ale autobus podjeżdża też na okoliczne parkingi i stamtąd też zabiera turystów. Nie wiem dlaczego wejście nazywa się północnym, bo tak naprawdę innego nie ma - wchodzi się tylko z tej jednej strony.
Autobus zatrzymuje się przy Embalse Conde de Guadalhorce - malowniczym sztucznym zbiorniku wodnym, który powstał w 1921 roku i przeznaczony jest do zaopatrzenia okolicznych mieszkańców w wodę, irygację pól oraz do produkcji energii elektrycznej. Zbiornik zajmuje obszar 546 hektarów i wykorzystywany jest również jako miejsce rekreacyjno-wypoczynkowe. Są tam zorganizowane kempingi, wyznaczone kąpieliska, wypożyczalnie kajaków i rowerów wodnych, strefy piknikowe, a także szlaki piesze po okolicznych górach i lasach. Miałyśmy trochę czasu, więc przeszłyśmy się po okolicy, ale zbyt wiele się nie działo, bo powłowa maja, to jeszcze jest przed sezonem :)
 




Do kas Caminito del Rey można dojść na dwa sposoby - przy tamie na zbiorniku jest zejście, jest to trasa nieco dłuża ok. 2,5 km, ale nie wiem o jakim stopniu trudności. Druga to już znana mi z poprzedniego razu ścieżka przez tunel - ok. 1,5 km. Tym razem ścieżka wyglądała nieco inaczej - oświetlona w środku, z wygodnym drewnianym chodnikiem. 
 


Niestety, tamtym razem wejście było dobrze oznakowane, ale przyszła moda na naklejki i cały znak jest praktycznie zaklejony. 
Naklejanie takich naklejek to jak dla mnie trochę forma dewastacji. Rozumiem, każdy chce zostawić swój znak "tu byłem", ale bez przesady, a no mogły by być przeznaczone miejsca, albo tablice, a nie zaklejanie znaków, tablic informacyjnych czy opisów. Niestety robi się to coraz bardzie popularne :(
 

Bilety na ścieżce miałyśmy kupione na 12.30, tym razem była to wycieczka z przewodnikiem. Taki bilet kosztuje 18 EUR, w grupie może być maksymalnie 30 osób, oprowadzanie jest w języku angielskim lub hiszpańskim. I nie polecam !!!
Dlaczego?

wtorek, 9 czerwca 2026

Hiszpania 2026 part II: Malaga po latach

Powrót do Malagi po ponad 7 latach był taką trochę podróżą sentymentalną. Z jednej strony byłam ciekawa zmian jakie zaszły w tym mieście, z drugiej miałam nadzieję, że wszystko będe pamiętać ;)
No i w sumie tak było. 
 



Tym razem był to babski wyjazd, ale w bardzo kameralnym gronie, tzn. byłyśmy we dwie ;) Lotniska i drogi do miasta w zasadzie nie pamiętałam, ale gdy tylko wysiadłyśmy z autobusu, poczułam się jak u siebie :)
 

Zmian raczej nie dużo, ale przyznać muszę, że w Maladze kręciłyśmy się głównie w obrębie starego miasta i portu, więc porównania nie nie mam. Za to ludzi w maju zdecydowanie więcej niż w jak byliśmy poprzednio na przełomie stycznia i lutego. Stare miasto - te typowe hiszpańskie, klimatyczne, malownicze uliczki - pełne turystów, restauracje zatłoczone, a do niektórych kolejki na dobrych kilkadziesiąt metrów.


Mimo wszystko klimat tego miasta pozostał.
Nie będę się rozpisywać o Maladze, bo już to robiłam w poście o mieście, więc jak ktoś jest zainteresowany to zapraszam.
Tym razem było sporo powtórki, bo byłyśmy zarówno w Twierdzy Alcazaba i w Zamku Gibralfaro, w Katedrze i kilku ciekawych kościołach, 





w parku przy portowej promenadzie i na plaży Malagueta




w Muzeum Picassa, jego domu narodzin i w Centre Pompidou Malaga, na Placu Konstytucji i na Calle Larios - najdroższej ulicy w Maladze.
Oczywiście widać jak przez tych kilka podrożały bilety wstępu np. o 100% do Katedry (z 5 do 10 EUR) czy do Alcazaba (z 3,50 na 7 EUR). 
Jednak nauczona pozytywnym doświadczeniem w innych miastach postanowiłam kupić Malaga Pass i choć nie jest to tak fajna opcja jak na przykład w Walencji, to przynajmniej uniknęłyśmy kolejek i zrobiłyśmy nieco zamieszania :)
Gdy szłyśmy do Twierdzy Alcazaba, gdzie była średnia kolejka, po okazaniu Malaga Pass,