Ten blog powstał przede wszystkim po to, żeby spisać swoje wspomnienia z podróży, bo pamięć jest ulotna. Od wielu lat staram się tworzyć notatki z każdego wyjazdu i jestem zdziwiona jak wiele szczegółów się zaciera. Jeśli przy okazji ktoś może znaleźć coś dla siebie - podpowiedzi, rady, pomysły na podróż - będzie mi bardzo miło. Wszystkie zdjęcia zamieszczone na blogu są zrobione przeze mnie lub przez mojego Męża, jeśli korzystam ze zdjęć z netu będzie o tym stosowna informacja. Zapraszam do czytania
Kolejnego dnia opuszczaliśmy już Singapur, ale zanim wyjechaliśmy, postanowiliśmy zobaczyć jeszcze dzielnicę Little India.
Little India, Singapur
Podobno to jedna z najbarwniejszych dzielnic miasta, jednak my nie mogliśmy tego doświadczyć. Wybraliśmy się tam dość wcześnie i, szczerze mówiąc, dla mnie był to najsłabszy punkt wycieczki. Może dlatego, że nie było jeszcze 9.00, a tam życie zaczyna się koło południa, ale miejsce nie przypadło mi do gustu. Obeszliśmy wszystko w pół godziny i wróciliśmy do hotelu się pakować.
Z samym wyjazdem mieliśmy niezłą przygodę 😉 Planowaliśmy wracać do Malezji przez
Po wyjściu z Singapore Flyer nasz dzień się nie skończył, ale ponieważ byliśmy już nieźle głodni, wróciliśmy do Marina Bay. Gdy dotarliśmy w okolice ArtScience Museum słońce akurat zaczęło chować się za wieżowcami i okolica zaczęła się delikatnie zmieniać. Samo muzeum jest tu bardzo ciekawą budowlą. Choć potocznie wszyscy nazywają ją "Lotosem" to obiekt został zaprojektowany jak "Witająca Dłoń Singapuru".
Biała fasad budynku wykonana została z materiału używanego do budowy wyścigowych jachtów! Teren przy muzeum robi naprawdę ogromne wrażenie, zwłaszcza stawy u podstawy budynku, usłane liliami wodnymi. Bajka!
Niestety do muzeum nie zdążyliśmy, ale ponieważ byliśmy w Singapurze tylko 2 dni, musieliśmy dokonywać wyborów.
Na szybki obiad i tort urodzinowy weszliśmy do food courtu Rasapura Masters w galerii Marina Bay Sands, bo zaraz potem czekały nas kolejne atrakcje.
Wróciliśmy do hotelu Marina Bay, żeby windą wjechać na taras widokowy Sands SkyPark Observation Desk, który znajduje się na 57 piętrze, na wysokości 200 metrów.
Wstęp dla osoby dorosłej, w godzinach wieczornych kosztuje 39 SGD, ale było warto - było magiczne i tak pięknie, że nie chciało nam się wracać.
Kolejnego dnia, po śniadaniu w okolicach hotelu, wróciliśmy do Marina
Bay, a właściwie dojechaliśmy tam, żeby znów udać się do ogrodów Gardens by the Bay. Wieczorem poprzedniego dnia kupiliśmy przez internet bilety na
zwiedzanie największych zadaszonych ogrodów na świecie. Zdecydowaliśmy
się na wariant kompleksowy, dlatego wybraliśmy bilety na wszystkie trzy
atrakcje: Floral Fantasy, Flower Dome i Cloud Forest. Bilet normalny kosztował 58 SGD, a w cenie zawarty był również Shuttle Service, kursujący pomiędzy Floral Fantasy a kompleksem dwóch pozostałych kopuł.
Garden by the Bay
Zwiedzanie zaczęliśmy od Floral Fantasy, ponieważ znajduje się bliżej stacji metra. Jest to najmniejszy (ok. 1.500 m²) z
trzech obiektów, i to właśnie tu technologia łączy się z florystyką, przenosząc gości w bajkowe krajobrazy. Wystawa składa się z czterech
tematycznych krain, przechodzących płynnie jedna w drugą:
Dance
- gdzie z sufitu zwisa mieszanka 15.000 świeżo ściętych i suszonych
kwiatów, z których kompozycje poruszają się w rym muzyki,
Float - spokojniejsza strefa z bulgoczącym strumykiem, trawiastymi pagórkami i wiszącymi fuksjami,
Waltz - inspirowana lasem deszczowym, z orchideami wśród wodnych kaskad
i Drift - przestrzeń ze skałami, mchami i paprociami.
Akurat
podczas naszego pobytu we Floral Fantasy trwały obchody 40-lecia marki
"My Little Pony", więc w całym pawilonie można było spotkać bohaterów
tej bajki, co dodało jeszcze więcej barw, w tym i tak kolorowym
miejscu.
Na końcu trasy znajduje się kino 4D "Fantasy Theatre" z
filmem symulującym lot ważki nad ogrodami, ale akurat podczas naszej
wizyty na seans trzeba było trochę poczekać, a my w tym dniu mieliśmy
bardzo napięty plan.
Po
wyjściu z Floral Fantasy skorzystaliśmy z Shuttle Service i udaliśmy
się do dwóch pozostałych obiektów, które usytuowane są obok siebie.
Zaczęliśmy
od Flower Dome. Ta zajmująca 1,2 ha budowla w 2015 roku została wpisana
do Księgi Rekordów Guinnesa, jako największa budowla szklarniana na
świecie. W środku panuje klimat śródziemnomorski i subtropikalny, a
temperatura przez
cały czas utrzymywana jest na poziomie 23°C – 25°C.
Wewnątrz znajduje się 9 ogrodów tematycznych, gdzie rośliny pogrupowane są w
sekcje takie jak Ogród Australijski, Południowoafrykański, Śródziemnomorski,
czy Kalifornijski.
Jedną z największych atrakcji jest Gaj Oliwny, gdzie
znajdują się autentyczne tysiącletnie drzewa oliwne sprowadzone z Hiszpanii.
No
i oczywiście sekcja baobabów z których najwyższe mają ponad 15 metrów
wysokości.
Na
środku kopuły, blisko wejścia głównego znajduje się centralne pole kwiatowe,
gdzie wystawy zmieniają się sezonowo. Akurat podczas naszej wizyty była wystawa
Z
Malezji do Singapuru przylecieliśmy liniami AirAsia i lądowaliśmy na
Terminalu 4 (T4). Ten terminal jest najnowocześniejszy i w pełni
zautomatyzowany – od odprawy biletowej i bagażowej, przez kontrolę
paszportową, aż po wejście na pokład. Wszystko odbywa się za pomocą
technologii rozpoznawania twarzy i samoobsługowych kiosków (i nikt nie
wbija już pieczątki w paszport). T4 znajduje się w oddzielnym budynku na
południowym krańcu lotniska i nie jest bezpośrednio połączony z
pozostałymi – aby do nich dotrzeć, trzeba skorzystać z bezpłatnego
shuttle busa. Właśnie w okolicach Terminali 1, 2 i 3 znajduje się słynne
Jewel
Changi Airport – imponujący kompleks, w którym podziwiać można
najwyższy na świecie wewnętrzny wodospad. My niestety go nie
zobaczyliśmy, bo akurat podjechał nasz autobus.
Bilety
na autobus kupuje się niezwykle prosto: wsiadając, przykłada się do
czytnika kartę płatniczą, a wysiadając, robi się to po raz drugi. To
wszystko.
Zdecydowaliśmy się pojechać najpierw do hotelu, żeby zostawić
bagaże. Za dwie noce bez śniadania, kilka przystanków metra od centrum zapłaciliśmy 665,00 zł. Pokój miał przynajmniej okno, co w Singapurze wcale nie
jest regułą, zwłaszcza w tej cenie. Rezerwowaliśmy go w Black Friday,
dzięki czemu zapłaciliśmy 50% standardowej ceny. Pokój był nieduży, ale
czysty. Jedyne, co mnie irytowało, to spora szpara pod drzwiami, przez
którą całą noc wpadało światło z korytarza. Ale i tak spędziliśmy tam
niewiele czasu ;)
Po dokonaniu formalności meldunkowych i zostawieniu w pokoju bagaży wyruszyliśmy zwiedzać.
Singapur już od pierwszych minut pobytu skradł moje serce, od początku podobał mi się tam praktycznie wszystko, począwszy od podchodzenia do lądowania, gdy widziałam widoki za oknem, przez lotnisko i podróż autobusem, a to był dopiero początek.
Do metra mieliśmy kilkadziesiąt kroków i właśnie metrem udaliśmy się na początek do Chinatown. Podróż metrem jest równie łatwa jak autobusem przechodząc przez bramki przykłada się kartę i wychodząc przez bramki robi się to po raz drugi.
Już
po 20 minutach wysiedliśmy w dzielnicy chińskiej. Jakże inna jest ona
od tej w George Town! Chinatown w Singapurze to największa historyczna
dzielnica miasta, która łączy tradycję z nowoczesnym stylem życia.
Dominują tu kolorowe, odnowione kamienice, w których mieszczą się
hotele, bary, restauracje i sklepy. Wszędzie jest czysto, mimo tłumów
turystów. Podobnie jak na Penang, można tu napotkać wiele murali, ale są
one bardzo zadbane i na bieżąco odrestaurowywane. Cała okolica wyróżnia
się wielokulturowością – na jednej ulicy sąsiadują ze sobą świątynie
buddyjskie, hinduistyczne i meczety.
Uwagę
zwracają też pomniki, jak np. rzeźba przedstawiająca kulisa. Upamiętnia
ona chińskich emigrantów, którzy przybyli tu w XIX wieku i jako
niewykwalifikowani robotnicy wykonywali najcięższe prace fizyczne. Ten
pomnik szczególnie zapadł mi w pamięć, bo gdy po spacerze postanowiliśmy
ruszyć dalej, zaskoczyła nas ogromna ulewa. Schroniliśmy się pod
arkadami właśnie z widokiem na tę rzeźbę.