Powrót do Malagi po ponad 7 latach był taką trochę podróżą sentymentalną. Z jednej strony byłam ciekawa zmian jakie zaszły w tym mieście, z drugiej miałam nadzieję, że wszystko będe pamiętać ;)
No i w sumie tak było.
Tym razem był to babski wyjazd, ale w bardzo kameralnym gronie, tzn. byłyśmy we dwie ;) Lotniska i drogi do miasta w zasadzie nie pamiętałam, ale gdy tylko wysiadłyśmy z autobusu, poczułam się jak u siebie :)
Zmian raczej nie dużo, ale przyznać muszę, że w Maladze kręciłyśmy się głównie w obrębie starego miasta i portu, więc porównania nie nie mam. Za to ludzi w maju zdecydowanie więcej niż w jak byliśmy poprzednio na przełomie stycznia i lutego. Stare miasto - te typowe hiszpańskie, klimatyczne, malownicze uliczki - pełne turystów, restauracje zatłoczone, a do niektórych kolejki na dobrych kilkadziesiąt metrów.
Nie będę się rozpisywać o Maladze, bo już to robiłam w poście o mieście, więc jak ktoś jest zainteresowany to zapraszam.
Tym razem było sporo powtórki, bo byłyśmy zarówno w Twierdzy Alcazaba i w Zamku Gibralfaro, w Katedrze i kilku ciekawych kościołach,
w Muzeum Picassa, jego domu narodzin i w Centre Pompidou Malaga, na Placu Konstytucji i na Calle Larios - najdroższej ulicy w Maladze.
Oczywiście widać jak przez tych kilka podrożały bilety wstępu np. o 100% do Katedry (z 5 do 10 EUR) czy do Alcazaba (z 3,50 na 7 EUR).
Jednak nauczona pozytywnym doświadczeniem w innych miastach postanowiłam kupić Malaga Pass i choć nie jest to tak fajna opcja jak na przykład w Walencji, to przynajmniej uniknęłyśmy kolejek i zrobiłyśmy nieco zamieszania :)
Gdy szłyśmy do Twierdzy Alcazaba, gdzie była średnia kolejka, po okazaniu Malaga Pass,














.jpg)








































