Informacyjnie

Ten blog powstał przede wszystkim po to, żeby spisać swoje wspomnienia z podróży, bo pamięć jest ulotna. Od wielu lat staram się tworzyć notatki z każdego wyjazdu i jestem zdziwiona jak wiele szczegółów się zaciera.
Jeśli przy okazji ktoś może znaleźć coś dla siebie - podpowiedzi, rady, pomysły na podróż - będzie mi bardzo miło.
Wszystkie zdjęcia zamieszczone na blogu są zrobione przeze mnie lub przez mojego Męża, jeśli korzystam ze zdjęć z netu będzie o tym stosowna informacja.
Zapraszam do czytania

sobota, 28 lutego 2026

Malezja cz. 8 - Cameron Highlands

Następnego dnia, bez żalu, ruszyliśmy dalej. Naszym kolejnym celem było Cameron Highlands (Wyżyna Camerona). Drogą  nr 185 to zaledwie 123 km, jakieś 2 godziny podróży. Niestety, po wcześniejszych ulewach droga uległa zniszczeniu i była w trakcie remontu, więc musieliśmy nadrobić drogi - do przejechania mieliśmy ponad 200 km.

Głównym powodem, dla którego turyści przyjeżdżają w te okolice są dwie plantacje herbaty: BOH Tea Garden i Bharat Tea.
BOH Tea Garden jest większa i bardziej znana, bo większość zdjęć z pól herbacianych z Malezji pochodzi właśnie stąd. Nie płaci się tu za wstęp i ponoć bywa w niej więcej  turystów. Została założona przez brytyjskiego urzędnika 1929 roku.
Bharat Tea (Cameron Valley) znajduje się przy głównej drodze i już jadąc można podziwiać widok z okna samochodu. Wejście na teren plantacji jest płatne 4 RM, chyba, że chce się skorzystać z podwózki buggyim wtedy dodatkowo trzeba zapłacić 15-20 RM w dwie strony. Jest nieco młodsza, bo powstała 1933 r., a jej założycielem był imigrant z Indii.
 



Po drodze zauważyliśmy właśnie Cameron Valley i tam się zatrzymaliśmy. Weszliśmy do środka, przeszliśmy się wśród krzewów, zobaczyliśmy niewielki wodospad, napiliśmy się herbaty (niestety słynnych scones'ów z truskawkami nie dostaliśmy ;() i wróciliśmy do samochodu. Całość zajęła nam godzinę!
Cameron Highlands - czy warto?


Obok była też farma truskawek, więc z ciekawości podeszliśmy jeszcze tam. Okazało się, że to drugi obok herbaty filar gospodarki i turystyki tego regionu. Większość upraw odbywa się w szklarniach i tunelach foliowych, często metodą hydroponiczną (rośliny rosną w rynnach zawieszonych w powietrzu, nie w ziemi). Dużą popularnością, zwłaszcza wśród Malezyjczyków, cieszy się "self-picking", atrakcja polegająca na samodzielnym zbieraniu truskawek! Płaci się za wstęp i za to co się do koszyczka zbierze. Cena za pół kilograma uzbieranych truskawek waha się od 30 do 50 RM. Szczerze mówiąc taniej można kupić już zebrane.



Tereny ładne, ale jeśli byliście na cejlońskich polach herbacianych, to ta atrakcja nie zrobi wrażenia, ot ładne miejsce.
Nocleg mieliśmy w samym Cameron Highlands i po ulokowaniu się w pokoju postanowiliśmy coś jeszcze w okolicy zobaczyć. Wsiedliśmy do samochodu, odpaliliśmy mapę i zaczęliśmy szukać, co jeszcze można zobaczyć. I tak wpadały nam kolejne plantacje truskawek (ale to już odpuściliśmy) lub ogrody kwiatowe, które niestety w tym czasie były nieczynne. Pojeździliśmy po okolicy i trafiliśmy do miejsca, które nazywa się Tokyo Town Cameron. Weszliśmy do środka - wszystkiego dużo, krzykliwie, kolorowo, ale jakoś tak kiczowato. Dużo różnorakiego jedzenia, ale nic nie sprawiło, żebyśmy zostali tam dłużej. 





Eksplorując okolicę trafiliśmy na Tan's Camellia Garden, prywatnego ogrodu pasjonatki zieleni. Miejsce ładne, trochę dzikie, w środku ogrodu stoi dom właścicielki. No ładne miejsce, pochodziliśmy z 15 minut i tyle...






Gdzieś po drodze trafiliśmy na wejścia prowadzące na ścieżki trekkingowe, ale wszystko było zamknięte i wszędzie zakazy wejścia.


Chcieliśmy podjechać na plantację BOH, ale w okolicy zaczęły się takie korki, że kompletnie nie było sensu dalej przemieszczać się samochodem. 
Pospacerowaliśmy więc po miasteczku, zjedliśmy kolacje i po prostu poszliśmy wcześniej spać.







Myślę, że okolice Cameron Highlands to dość przyjemne miejsce, ale nie w grudniu. W naszym przypadku była to strata czasu. W sumie Taman Negara i tę wyżynę mogliśmy objechać w ciągu 1,5 dnia, zamiast marnować trzy. No ale było - minęło, nasz błąd.


Kolejnego dnia wyjechaliśmy po śniadaniu i skierowaliśmy się od razu do celu naszej podróży, bo mieliśmy do przejechania ponad 250 km, z czego dużą część po krętych dróżkach, a musieliśmy oddać samochód i jeszcze zdążyć na samolot.
cdn... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz