Informacyjnie

Ten blog powstał przede wszystkim po to, żeby spisać swoje wspomnienia z podróży, bo pamięć jest ulotna. Od wielu lat staram się tworzyć notatki z każdego wyjazdu i jestem zdziwiona jak wiele szczegółów się zaciera.
Jeśli przy okazji ktoś może znaleźć coś dla siebie - podpowiedzi, rady, pomysły na podróż - będzie mi bardzo miło.
Wszystkie zdjęcia zamieszczone na blogu są zrobione przeze mnie lub przez mojego Męża, jeśli korzystam ze zdjęć z netu będzie o tym stosowna informacja.
Zapraszam do czytania

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mellieha. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mellieha. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 listopada 2012

Jedenaście dni na Malcie cz. 7


Z Czerwonej Wieży było już niedaleko do Mellieha - jakieś 2 km, ale nie był to cel naszej wyprawy.
W tym dniu jednym z naszych celów (po Czerwonej Wieży, ale przed Golden Bay, bo celów w ciągu dnia było kilka) było położone o jakieś 4 km od Melliehy Popeye Village, znane też jako Sweethaven Village. Jest to miasteczko zbudowane w 1980 roku jako plan filmowy musicalu Popeye, o przygodach marynarza, w którym główną rolę zagrał Robin Williams.

Miasteczko zostało zachowane w niezmienionej formie, do dziś można je zwiedzać, a nawet korzystać z tamtejszej restauracji. Nam to nie było jednak dane, bo akurat w miasteczku kręcony był jakiś film i przez kilka dni było zamknięte dla zwiedzających. Nie wiem ile tych atrakcji tam jest dla zwiedzających, ale wstęp dla osoby dorosłej to koszt 15 euro. My pooglądaliśmy je tylko z daleka, wygląda bardzo sympatycznie i malowniczo :)


W obie strony - z i do - Melliehy podróżowaliśmy oczywiście pieszo a dzięki temu mogliśmy przyjrzeć się z bliska maltańskiemu rolnictwu.
Wokół były pola uprawne, uprawia się tam różne rzeczy: truskawki, ziemniaki, kapustę, marchew i wiele innych, ale co jest bardzo charakterystyczne pola są bardzo małe.
My nie bylibyśmy oczywiście sobą gdybyśmy sobie pogawędki z jednym rolnikiem nie ucięli ;)) I tak dowiedzieliśmy się z pierwszej ręki, że pola są tak małe za dwóch powodów - kiedyś ojciec rodu dzielił ziemię, którą miał, pomiędzy synów ilu miał, a po drugie jest to bardzo praktyczne, bo ze względu na ukształtowanie terenu, wszędobylskie skały i pola wciąż rodzące kamienie pola muszą być uprawiane ręcznie, bez użycia zmechanizowanych pojazdów rolniczych. A prace ręczne na dużych polach są trudne.

 
Dowiedzieliśmy się też, że gdyby nie te kamienie, to gleba jest bardzo urodzajna i plony mogłyby być jeszcze lepsze. No i gdyby częściej padał deszcz (od kwietnia do września deszcz padał aż dwa razy!) A tak to muszą nawadniać swoje pola. Poza tym jest dobrze, plony zbierają przeważnie dwa razy do roku - w czerwcu i w grudniu.

Wróciliśmy do Melliehy, ładnego i bardzo ciekawie zlokalizowanego miasteczka. Miasto jest położone na wzgórzu i wszystko jedno, z której strony chcielibyśmy się do niego dostać - zawsze będzie pod górkę ;)) Jednak nie Mellieha tego dnia, a Golden Bay było celem naszej podróży, żeby jednak tam dotrzeć postanowiliśmy skorzystać z autobusu, mimo wszystko dobre 12 km mieliśmy już "w nogach". Najpierw musieliśmy dojechać prawie do centrum, przejść w inne miejsce i przesiąść się do innego autobusu. A że trochę czasu mieliśmy to pospacerowaliśmy trochę po placu przy kościele (co się okazało jedyną atrakcją/zabytkiem w Mellieha).

 Tam też znaleźliśmy kolejny akcent poświęcony polskiemu Papieżowi:
Wsiedliśmy do autobusu, ruszyliśmy i ... myślałam, że ta podróż będzie ostatnią podróżą w moim życiu. Droga był stroma i kręta, najdelikatniej tak:
ale kierowcy to nie przeszkadzało. STOP - kto by się tym przejmował, wielki napis na drodze SLOW 30, nie ważne, co najmniej 60 km/h jechaliśmy, a że z naprzeciwka samochody jechały - no cóż, to ich problem ! Najważniejsze, że po jakichś 15 minutach stresu dotarliśmy na Golden Bay.  A to skwituję jednym zdaniem: NIC SZCZEGÓLNEGO. Mała zatoczka, piaskowa (można by rzec złota) plaża i obok 3 wielkie hotele.
Znów nasunęło mi się pytanie, teraz fajnie, ale co w lecie ? Niech nawet połowa ludzi z tych hoteli wyjdzie na plażę to już będzie tłok ! No to rozłożyliśmy się na chwilę - szybka kąpiel najpierw jedno, potem drugie i w drogę :)
Ruszyliśmy stromo pod górkę na wycieczkę klifami. Droga - początkowo wydawała nam się nieprzyjazna zmieniła się na bardzo przyjemną, a po jakimś czasie naszym oczom ukazał się kolejna zatoczka z piaszczysta plażą Ghajn Tuffieha:
Ta plaża, mimo, że wąska, to była znacznie dłuższa od Golden Bay. Jednak kąpieli w planach już nie mieliśmy, więc w dalszą drogę ruszyliśmy nie plażą, tylko ścieżka nad plażą w stronę tej ciekawie wyglądającej skałki
Nagle krajobraz się zmienił, naszym oczom ukazała się kolejna zatoczka, ale w jakże odmiennym otoczeniu, skały zmienił się w coś co przypominało zaschnięte błoto, ale było twarde jak skała
Na cel naszej wędrówki chcieliśmy się wdrapać, ale wejście wyglądało tak:
a my byliśmy w sandałach.
Pooglądaliśmy więc okolicę, porobiliśmy zdjęcia, a że miało się ku zachodowi postanowiliśmy wracać do hotelu.
 
Zdecydowanie minusem wakacji w październiku jest krótki dzień: słońce wstawało sporo po 7-mej, a już po 18-stej zachodziło, a tyle jeszcze można było zobaczyć. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Mellieha, żeby zrobić jakieś małe zakupy i obowiązkowo zakupić coś, od czego się na Malcie uzależniłam ! A mianowicie Kinnie. Jest to lokalny napój gazowany o smaku ziół i gorzkiej pomarańczy. W smaku jest gorzkawy i pierwsze wrażenie może nasuwać myśl: "co to za paskudztwo", ale im dłużej piłam Kinnie tym bardziej nie wyobrażałam sobie dnia bez niego ;)) Jeśli Kinnie jest schłodzone to w upalne dni stanowi najlepszy środek do gaszenia pragnienia. Jak będziecie mieli okazję spróbować - POLECAM !!!

Do hotelu dotarliśmy akurat tak, żeby się wykąpać i załapać na druga turę na kolację. W tym dniu hitem była kaczka w czerwonym winie - pychotka :)

Dzień ósmy:
Rano przywitał nas drobny deszczyk, ale po śniadaniu ustąpił i pojechaliśmy do Mediterraneo Bio Park. Już w pierwszym dniu naszego pobytu na Malcie dostałam ulotkę i Mąż obiecał, że na pewno tam dotrzemy. To był  ostatni dzień działania naszych autobusowych biletów siedmiodniowych. Podróż z Ćirkewwy do tej atrakcji trwała ok. godziny, ale zdążyliśmy na czas. Na wstępie powitały nas żółwie:
wśród miniaturowych opuncji - pierwszy raz te miniatury widziałam:
A o 10.00 rozpoczął się show z udziałem papug. Było ich 8 i wykonywały różne sztuczki:
Z najciekawszych - jazda na wrotkach:
jazda motorem:
albo samochodem.
Pokaz trwał prawie 30 minut.
Kolejnym puntem programu były lwy morskie:


a puntem kulminacyjnym w samo południe był pokaz, na który specjalnie przyjechaliśmy:
 Delfinki :))
 
 

 
Byłam kiedyś już na podobnym pokazie, jak byliśmy w Holandii, potem delfinki widziałam jeszcze w ich naturalnym środowisku, podczas reju na Sycylii. Pokaz był super, nie mogłam się oderwać. Żałowałam tylko, że nie wzięliśmy strojów, bo była możliwość interaktywnych zabaw w wodzie z delfinami. Mimo wszystko sama możliwość zobaczenia delfinków sprawiła mi wielką radość :)
Mediterraneo Bio Park nie jest duży i muszę powiedzieć jest zaniedbany, jest sporo rzeczy zaczętych, nieskończonych, mimo, że najzwyklejszy bilet poza sezonem kosztuje 16 euro, a ludzi, cały czas jest dużo. To co jednak bardzo mi się podobało to sposób, jak ci ludzie opiekujący się zwierzętami traktowali swoich podopiecznych. Widać było prawdziwą troskę, czułość i miłość :) Widać, że praca, którą wykonywali sprawiała im ogromną radość i satysfakcję.

Z parku wróciliśmy wprost do Mellieha, żeby trochę pospacerować, pooglądać widoki, napić się kawy i rozkoszować się pastizzi.

 
 
 
Dwa słowa jeszcze na temat pastizzi i qassatat.  Te pyszne przekąski przeważnie kupuje się w takich Pastizzeriach - otwarte drzwi, wstawiony taki podgrzewacz, a w środku piec/piekarnik do pieczenia. Chyba trochę słabo widać, w następnej notce, sięgnę do kolejnej partii zdjęć, to postaram się wyszukać lepsze ;)
Dodatkowo przekąski można kupić w każdym miejscu, gdzie serwują kawę :))
Co prawda zdjęć pasttizzi nie mam, ale qassatat wygląda tak:

Po południu byliśmy już w naszym hotelu, ale co zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem - przecież nie będziemy siedzieć w hotelu. O co to to nie ! Przebraliśmy się w stroje, zabraliśmy maski i płetwy i poszliśmy sobie snurkować przy hotelu. Pływaliśmy dobre 2 godziny, przy hotelu były fajne skałki, gdzie kwitło życie, roślinki, rybki, fajne widoczki. Zdjęć z takiego pływania jednak nie mamy, bo nasz aparat nie nadaje się pod wodę, a też nie chcieliśmy go zostawiać przy basenie. Ale było cudnie :))
Tym razem również na kolacji mieliśmy niespodziankę. Zastanawialiśmy się, jak przy takich obfitych posiłkach skosztować jeszcze zachwalanego fenka, czyli królika w winie i czosnku. No a schodzimy na kolację, a tam w menu co ? Królik w winie i czosnku :) Smak wyśmienity, takiego połączenia jeszcze nigdy nie jadłam, i jak będziecie na Malcie, to fenka koniecznie polecam !!! :))
A wieczorem na lepsze trawienie kolejna maltańska specjalność: likier z opuncji. Wszystkie przewodniki informują o tym, że na Malcie właśnie likierów trzeba koniecznie spróbować. Smaki są przeróżne, próbowaliśmy ;) zdecydowaliśmy się jednak na zakup opuncjowego - bo ma inny, taki niespotykany smak :)


Dość szybko poszliśmy spać, bo rano czekało na nas to miejsce:

cdn...

piątek, 16 listopada 2012

Jedenaście dni na Malcie cz. 6


Dzień szósty:
W tym dniu żegnaliśmy St. Paul's Bay. Oczywiście porannym bieganiem, no bo jak inaczej skutecznie pożegnać się z promenadą ? ;)
Bo bieganiu basen i prysznic, a potem pakowanie. Generalnie o 9.30 byliśmy gotowi do opuszczenia hotelu, tylko po co, skoro ten hotel mieliśmy opuścić do 12-stej, a doba hotelowa w drugim hotelu w Ćirkewwa przynajmniej teoretycznie zaczynała się o 15.00.   Postanowiliśmy więc pochodzić jeszcze po naszym miasteczku - tym razem w drugą stronę - nie w stronę Buggiba i Qawra, tylko przeciwnie.



Nasi znajomi spędzali właśnie ostatni dzień na Malcie i planowali wybrać się na Gozo - my doszliśmy do wniosku, że na Gozo popłyniemy, jak będziemy mieszkać w Ćirkewwa, bo nie będziemy tracić czasu na dojazdy autobusem do promu, a nasz nowy hotel stał przy samym promie :))
Ruszyliśmy więc na ostatni spacer po St. Paul,s Bay. Okazało się, że miasteczko z tej drugiej strony też jest bardzo ładne, ma super promenadę, fajne miejsca do odpoczynku i do kąpieli, no i zastraszająco niskie ceny ! Na promenadzie był mały bar gdzie za 2 cappuccino i 2 spore ciastka zapłaciliśmy... 2,2 euro. W innych miejscach cappuccino jedno kosztowało przeważnie 1,2-1,5 euro ! W sumie żałowałam, że dopiero w ostatnim dniu odkryliśmy te nowe miejsca, bo też można by fajnie tam spędzić czas. No nic, może następnym razem :)



Przed południem wróciliśmy do hotelu, zabraliśmy walizki i poszliśmy na autobus, a koło 13-stej byliśmy już w Ćirkewwa w naszym nowym hotelu Paradise Bay Hotel.


Poszliśmy do recepcji i od razu dostaliśmy klucz - nie musieliśmy czekać do 15-stej. Hotel jak pisałam wcześniej znajduje się bardzo blisko promu, na samym cypelku wyspy. Nie ma tam miasta, czy miasteczka nawet, tylko ten hotel. Jakiś 1 km dalej są dwa kolejne hotele i camping. A jak nie ma miasteczka to nie ma też knajp, sklepów itp. Tzn. są dwie knajpy, bar i jeden sklep - raczej pamiątkowy niż spożywczy - ale to w hotelu. Jadąc tam mieliśmy taką świadomość, dlatego rezerwując pokój zamówiliśmy również śniadania.
Hotel jest wielki, czteropiętrowy, a na każdym piętrze chyba ze 100 pokoi. Do tego 3 baseny zewnętrzne,

jeden kryty, sauny i inne atrakcje - wszystko w cenie. Pokój, który dostaliśmy był bardzo duży - sam pokój ze 25 metrów,

do tego przedpokój z wielką szafą

 i łazienka.

No i oczywiście balkon z widokiem na morze i promy.


Niestety przy samym hotelu jest droga, a na promy całą dobą jeżdżą samochody, więc spanie przy otwartym oknie było nieco utrudnione, zwłaszcza nad ranem. Ale nie było tak źle. Jedynym mankamentem tego hotelu jak dla mnie jest woda: w morzu woda była diabelnie słona, w basenach - nie dość, że słona to jeszcze chlorowana, a w hotelu z kranu leciała woda chlorowana ! Może nie tak bardzo jak na basenie, ale biorąc prysznic można było się nawdychać oparów chloru :(
Poza tym było bosko :) Ale co się okazało: zebraliśmy bagaże, poszliśmy do pokoju. Ja wzięłam do ręki kartonikowe etui w którym była karta- klucz, a tam napisane, że mamy nie tylko śniadania, tylko HB. No coś nie tak, patrzymy na fakturę, a tam też HB wypisane, patrzymy na potwierdzenie rezerwacji pokój ze śniadaniem. Cena ta sama, inne warunki też, no nic postanowiliśmy się dopytać, bo nie lubimy niejasnych sytuacji. A pani na recepcji nam mówi, że nie może sprawdzić, ale wg niej jest ok. No to jak ok, to sprawdzimy wieczorem.
No ale co zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem ?
Dopiero 14-sta wiec trzeba coś wymyślić. Postanowiliśmy pojechać do Mosty. Mosta jest jednym z największych miast na Malcie - liczy sobie prawie 19 tys. mieszkańców ! I prawdę mówiąc znajduje się w niej tylko jeden obiekt wart zwiedzenia - kościół Wniebowzięcia NMP, który posiada czwartą co do wielkości kopułę w Europie, o zewnętrznej średnicy 54 m i wysokości ponad 60 m.
Na Malcie ten kościół znany jest bardziej niż z kopuły, ze zdarzenia, które miało miejsce w czasie II wojny światowej, a które uznawane jest przez Maltańczyków za prawdziwy cud. W czasie wojny Malta była non stop bombardowana, w pierwszych miesiącach roku 1942 naloty i bombardowania odbyły się 154 razy, a na port w Valettcie w marcu i kwietniu 1942 spadło 6700 ton bomb, to jest dwukrotnie więcej niż w ciągu całego roku na Londyn ! Zniszczeń było dużo, ale przez całą wojnę na kościół w Moście spadła tylko jedna bomba, która okazała się niewybuchem.
Dojechaliśmy na plac przy kościele i pierwsze nasze kroki właśnie tam skierowaliśmy. Niestety zwiedzanie nie było możliwe, bo odbywały się uroczystości pogrzebowe. Poszliśmy więc najpierw na pastizzie i spacer po uliczkach Mosty,

gdzie trafiliśmy między innymi na salę im. Karola Wojtyły.

Wśród uliczek znaleźliśmy takie ciekawostki jak skrzynka pocztowa na takim budynku ;))


Potem lekko zaczęło się chmurzyć i  troszkę kropić, więc usiedliśmy na kawę w knajpce z widokiem na kaplicę. I gdy nabożeństwo się skończyło mogliśmy spokojnie zwiedzić kaplicę. Kopuła jest naprawdę niesamowita robi wrażenie,

choć dla mnie najpiękniejsza kopuła i tak znajduje się w Rzymie w Panteonie.
Spacer i zwiedzanie się skończyło, więc czas był na powrót choć godzina jeszcze młoda. Po drodze wysiedliśmy w Mellieha zrobić małe zakupy i krótki odpoczynek na plaży. Plaża w Mellieha jest chyba największą plażą piaskową jaką tam widziałam - ma ze 350-400 metrów !
Na wieczór byliśmy umówieni w Buggiba z Julianem - rodowitym Maltańczykiem. Wróciliśmy jednak najpierw do hotelu, przebrać się i wypróbować jak działa nasze HB. Poszliśmy do restauracji, podaliśmy numer pokoju pani wstukała na kasę 2 osoby po 19 euro - razem 38, jeden przycisk i dostaliśmy wydruk do podpisu a tam: 0 euro do zapłaty. No to idziemy jeść. Kolacja była w formie bufetu szwedzkiego: jeden wielki stół z przystawkami - ryby na zimno, różne sałatki, owoce morza, pieczywa, wędlina, ser itd, itp. Na jednym blacie zupa - tylko jedna, ale waza była non stop pełna, dalej dania główne - co najmniej 3 rodzaje mięs, ryby, warzywa na ciepło, zapiekanki, makarony, dodatki różne, a ostatni stół z deserami - średnio co kolację 8-10 rodzajów ciasta i każde wyglądało lepiej ! My się trochę śpieszyliśmy, więc nie celebrowaliśmy kolacji. Na szybko i do autobusu :)
O 21 siedzieliśmy już z naszym kolegą i z Julianem w knajpce w Buggiba na lokalnym piwku :) Julian okazał się bardzo sympatycznym człowiekiem. Oprócz tego, że porozmawialiśmy o bieganiu, to dowiedzieliśmy się sporo o Malcie, m.in. na różne tematy społeczno - polityczne: ustrój, polityka, UE, bezrobocie, przemysł, służba, zdrowia i szkolnictwo (np. wiecie, że na Malcie dzieci rozpoczynają szkołę w wieku 4 lat?). No i oczywiście chłopaki umówili się na luty na półmaraton i na Malcie i na wrzesień na maraton we Wrocławiu ;))
A z Julianem nawiązaliśmy bardzo sympatyczną znajomość :)

Dzień siódmy:
Kolejny poranek z wczesną pobudką. Tym razem zaplanowaliśmy sobie długą pieszą wycieczkę po okolicy. Najpierw ruszyliśmy w stronę plaży po drugiej stronie "hotelowej zatoczki"


i dalej mieliśmy iść klifami w stronę czerwonej wieży. Jednak znów usłyszeliśmy jakże znane nam strzały i zdecydowaliśmy iść normalnie drogą.



Po wycieczce szosą raz w górę, raz w dół dotarliśmy do Czerwonej Wieży, zwana też Wieżą św. Agaty. Wieża - jak wieża, jak wszystkie inne, na Malcie są na każdym kroku, w miasteczkach i na wybrzeżu. Wieże pełniły funkcje obronne, a Malta jako wyspa mogła być zagrożona z każdej strony, więc zewsząd musiała wypatrywać ewentualnych ataków. Wszystkie wieże są z kamienia i mają taki pisakowy kolor. Ta jedna jest czerwona, ale nikt nie wie dlaczego. Ba nikt nawet nie wie kiedy została pomalowana (na pewno jakieś 200-300 lat temu, ale kiedy i przez kogo nie wie nikt).

cdn...