Na koniec opowieści o naszej tegorocznej wyprawie do Kampanii kilka słów podsumowania. Kampania jest naprawdę dziwnym regionem, pełnym kontrastów, krainą, która w historii ciągle przechodziła z rąk do rąk od Greków, Etrusków, Rzymian, Cesarstwa Bizantyjskiego, Saracenów, Francuzów, Austriaków, Hiszpanów po Włochów. Miesza się tu wiele różnych styli i to sprawia, że wydaje się chaotyczna. Z jednej strony Neapol - brudny, zaśmiecony, obskurny, z drugiej Sorrento czy Capri kojarzące się ze słońcem, odpoczynkiem i cytrynami (i tłumem turystów). Z jednej strony groźny, dziki i majestatyczny wulkan, z drugiej plaże, o których za chwilę.
Niestety pierwsze wrażenie z Neapolu nie jest korzystne, tym bardziej, że przekłada się na wiele miejscowości. Zaniedbane, walące się budynki, których pokazałam na zdjęciach chyba już wystarczająco dużo, wysmarowane pseudograffiti to jedno, ale brud, śmieci na ulicach i po prostu wszędzie to już przechodziło wyobrażenia. Fakt, że Neapol i okolice w tym temacie padły ofiarą mafii. Przez wiele lat, przez układy lokalnych polityków i decydentów z bossami mafii, camorra wygrywała większość, o ile nie wszystkie, przetargi na wywóz śmieci i utylizację odpadów. I oczywiście ze swoich obowiązków się nie wywiązywała. Pieniądze brała, śmieci walały się po ulicach, a nikt nie miał odwagi lub nie miał ochoty egzekwować obowiązków wynikających z umowy od camorry. I tak przez lata Neapol obrastał w śmieci i został okrzyknięty najbardziej zaśmieconych miast Europy - na ulicach mogło zalegać nawet 1600 ton śmieci. Zaczęło się to zmieniać, śmieci są już wywożone regularnie, ale wielu miejsc, niegdyś zanieczyszczonych nikt nie uprzątnął do dziś i wciąż można spotkać śmieci w wielu częściach miasta i regionu.
Równie brzydkie są plaże Kampanii. Pominę fakt, że plaże są czarne. To akurat zasługa Wezuwiusza. Plaże są powulkaniczne, a piasek, który się tam znajduje podobno świetnie działa na bóle reumatyczne. Zakopanie się w nim i wylegiwanie działa ponoć cuda. Ale...
Wybrzeże Kampanii jest dość długie, ale plaż znajduje się naprawdę nie wiele. A jeśli już ktoś myśli o plażach publicznych to może się rozczarować tak jak ja. Owszem są, ale nie dość, że maleńkie to do tego okropnie brudne, zaśmiecone i zaniedbane.
Tak wygląda plaża w Ercolano, do której mieliśmy 2 minuty:
Drugie zdjęcie oddaje wielkość plaży (ten mały kawałek na pierwszym planie). O śmieciach nie wspomnę.
Inną plażą, na której byliśmy była plaża w Sorrento. Tam większość miejsc do opalania i z zejściami do wody znajduje się na betonowych pomostach. Jednak wszystko to są plaże prywatne, gdzie za wstęp trzeba kilka euro zapłacić.
My trafiliśmy na plażę publiczną i znów taka szeroka - od jednego pomostu do drugiego ;)
A jaka długą ;)
Kolejna plaża, z której korzystaliśmy to plaża na Capri w pobliżu Marina Grande
Tu już było troszeczkę więcej miejsca, ale na tą ilość turystów to kropla w morzu ;) Tu faktycznie było już czyściej, mniej śmieci, troszkę jasnego pisaku, ale większość kamieni.
W dniu naszego wyjazdu zleźliśmy jeszcze jedną plażę z czarnym piaskiem - w Torre del Greco, długa, ciągnęła się ok. 2 km, jednak znowu w przeważającej większość (ok. 90 %) to były plaże prywatne.
Kawałek publicznej były, nawet troszkę czystszy:
ale większość wyglądała tak:
Wzdłuż wybrzeża dużo jest miejsc z wielkimi kamieniami i np. maleńkim kawałeczkiem piasku, gdzie śmieci jest prawie tyle samo co kamieni:
I tam również często wypoczywają okoliczni mieszkańcy.
Tak, więc plaż w tych okolicach nie polecam, chyba, że na chwilę.
To co mnie niezmiennie zaskakuje w wielu krajach to styl jazdy kierowców. Włosi też są specyficzni, a na południu zdecydowanie inni niż na północy. Przede wszystkim, co mnie niezmiernie zdziwiło jest tam mniej skuterów. Przeważnie spotyka się małe, nieziemsko poobijane auta. Ale styl jazdy jest tam jakiś kompletnie inny. Znak "Stop" no po co to komu - wystarczy zatrąbić, że się jedzie. Zatrzymanie się na środku drogi, żeby załatwić jakąś sprawę też nie stanowi problemu, czy na chwilę stanie się na pasach - nie ma sprawy ;) Tam się nikt o to nie złości. Po prostu wymijają i jadą dalej, bez trąbienia, wyklinania, złoszczenia się. Widzieliśmy nawet scenę, gdzie policjant szukał kierowcy stojącego na drodze samochodu, ten wyszedł z baru mówiąc, że zaraz skończy i odjedzie. Policjant na to ok i pojechał dalej. Nie wiem jak jest we Włoskich przepisach, ale na południu nie widziałam, żeby ktoś używał fotelików dla dzieci (może używają, ale ja nie widziałam). Dzieci wożą na kolanach, często z przodu, czasem na kolanach u kierowcy.
Ludzie, których spotykaliśmy, z którymi rozmawialiśmy z reguły
sympatyczni, otwarci, zwłaszcza gdy mówimy po włosku. Sporo się
nasłuchałam wcześnie o dialekcie neapolitańskim, a oglądając film "Gomorra" wydawało mi się, że to kompletnie z włoskim nie ma nic wspólnego i coś w tym jest. Jak rozmawiali miedzy sobą to trudno było mi wyłowić choćby pojedyncze słowa. Jedną z cech, którą udało nam się rozpoznać jest mówienie: "sz" zamiast "s", zwłaszcza, gdy s jest przed spółgłoską. Na szczęście oficjalnym językiem jest tam Włoski i mogliśmy się dogadać ;)
Jak wcześniej wspominałam gdybyśmy jadą do Neapolu mieli tę wiedzę co mamy, to pewnie byśmy nie wypożyczali samochodu. Pisałam też już o kolei podmiejskiej o nazwie Circumvezuviana, którą spokojnie można zwiedzić okolice. Stacje znajdują się przy najważniejszych miejscach regionu, np. w Ercolano, żeby zwiedzić Herakulanum lub przesiąść się do busa wiozącego na Wezuwiusza, albo w Pompejach - stacja jest przy samym wejściu do ruin, czy do samego Sorrento, gdzie stacja znajduje się w sercu miasteczka. Taka forma podróżowania jest dość szybko, bo unika się korków ciągnących się wzdłuż wybrzeża.
O kuchni Kampanii pisać już nie będę, wszystko opisałam tu i tu, więc jak ktoś ma ochotę na pizzę lub owoce morza, to może poczytać ;)
Reasumując dziwna ta Kampania odraża i przyciąga. Myślę, ze kiedyś tam jeszcze pojadę, chciałabym jeszcze kilka rzeczy zobaczyć tak w samym Neapolu, jak i w regionie. Czy warto - trudno powiedzieć, każdy lubi co innego. Dopóki sam się człowiek nie przekona, nie polubi tego miejsca na podstawie opowieści.
Informacyjnie
Ten blog powstał przede wszystkim po to, żeby spisać swoje wspomnienia z podróży, bo pamięć jest ulotna. Od wielu lat staram się tworzyć notatki z każdego wyjazdu i jestem zdziwiona jak wiele szczegółów się zaciera.
Jeśli przy okazji ktoś może znaleźć coś dla siebie - podpowiedzi, rady, pomysły na podróż - będzie mi bardzo miło.
Wszystkie zdjęcia zamieszczone na blogu są zrobione przeze mnie lub przez mojego Męża, jeśli korzystam ze zdjęć z netu będzie o tym stosowna informacja.
Zapraszam do czytania
Jeśli przy okazji ktoś może znaleźć coś dla siebie - podpowiedzi, rady, pomysły na podróż - będzie mi bardzo miło.
Wszystkie zdjęcia zamieszczone na blogu są zrobione przeze mnie lub przez mojego Męża, jeśli korzystam ze zdjęć z netu będzie o tym stosowna informacja.
Zapraszam do czytania
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plaża. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plaża. Pokaż wszystkie posty
sobota, 7 lipca 2018
wtorek, 29 marca 2016
I jeszcze trochę o Fuercie
W tym roku głównym celem naszej wyprawy na Fuertę był odpoczynek. Tę część wyspy wybraliśmy również dlatego, że są tam piękne, piaszczyste plaże :) Tak, tak plażowaliśmy prawie codziennie, choć nasze plażowanie bardziej kojarzy się z ciągłym przemieszczani m się po plaży niż z leżeniem, to jednak poleżeć na plaży i poczytać książkę też miałam czas.
A plaże były piękne - szerokie, piaszczyste, czyściutkie i mało zaludnione.
piaseczek ciepły i przyjemny
a ocena spokojny i przyjazny
Plażowanie w tym roku dało nam sporo frajdy ;)
No i przedostatniego dnia wybraliśmy się na wycieczkę właśnie na te plaże. Pojechaliśmy do miejscowości Costa Calma autobusem zaraz po śniadaniu i ruszyliśmy prosto na plażę z zamiarem dojścia do Morro Jable właśnie plażą. Bagatela - jedyne 16 km ;) Ale co to dla nas :)
Pierwsze wrażenie było spore, bo wyszliśmy na plażę, a oceanu prawie nie było widać. Wyczytaliśmy w przewodniku, że jak się idzie z Costa Calma do Morro Jable plażą to momentami woda sięga po szyję i trudno jest przejść - nie uwierzyliśmy ;) Szliśmy tymi zatoczkami, wody bywało do kolan, nawet do ud, ale żeby do szyi - niemożliwe ! A jednak, no może nie po szyję, ale po pachy !
Ale w tak pięknych okolicznościach przyrody kto by się przejmował
W zatoczkach początkujący kitesufingowcy mieli raj - płytka ciepła woda i wiatr
A i niektóre ptaki wodne próbowały naśladować kite-ciarzy
Oczywiście nie obyło się bez kąpieli w oceanie i odpoczynku na plaży.
W końcu piaszczyste plaże zaczęły zanikać i ukazały się standardowe - kamienisteNa kamienistych zauważyliśmy ciekawe miejsca na plażowanie - na plażach pobudowane są takie kamienne gniazda
które chronią plażowiczów przed wiatrem (zamiast naszych parawanów;))
A i będąc w tamtych okolicach nie zdziwcie się, bo na tych plażach jest pełno nudystów. I nie to że sobie leżą i się opalają, bo chodzą swobodnie po plaży, a nawet na dalekie spacery (czasem wyglądali i wyglądały śmiesznie, bo czapka lub kapelusz na głowie, ramiona osłonięte szalem przed słońcem, a cała reszta na wierzchu ;)
Ja po swojej jednej przygodzie z naturyzmem (to bardzo dawno temu było, jeszcze w czasach studenckich) stanowczo zaliczam się do "tekstylnych nudziarzy", choć z przebieraniem się na plaży mimo braku przebieralni problemów nie mam.
Tym razem nasz typowo wypoczynkowy urlop udał się wyśmienicie :)
sobota, 16 listopada 2013
Fuerta cz. 4
W sobotę rano podjechaliśmy we dwójkę do innej wypożyczalni, tam, gdzie zamówiliśmy auto na jeden dzień (całkowity koszt 30 euro na całą dobę !) Dostałam nissana micrę, która miała przejechane aż 350 km ! Praktycznie nówka !
Bez zbędnych formalności na dwa samochody wróciliśmy do hotelu i zaraz po śniadaniu wyruszyliśmy na wycieczkę.
Mieliśmy ogóle pojęcie, gdzie moglibyśmy pojechać, ale żadnych szczegółów. Ruszyliśmy więc na zachodnią część wyspy. Oczywiście najpierw był podział kto z kim jedzie, więc ustaliliśmy, że kobiety jadą jednym, a faceci drugim. Ruszyliśmy na południowy zachód. Pierwszy przystanek mieliśmy w urokliwej miejscowości o nazwie La Oliva. Tam najpierw skierowaliśmy się na plac gdzie znajdował się kościół:
Ja po drodze zauważyłam Muzeum Aloesu - przynajmniej z nazwy:
Okazało się, że w "muzeum" prezentacje mają w 11 lub 12 językach, w tym w języku polskim. Dlaczego napisałam muzeum w cudzysłowie ? Bo z muzeum to nie ma nic wspólnego. Bardzo miła Polka mieszkająca od 5 lat na Fuercie po prostu opowiadała nam jak to się wszystko z tego aloesu robi, krok po kroku. Czy wiecie, że aloes swoje właściwości lecznicze zyskuje dopiero po tym jak pierwszy raz zakwitnie ? Wcześniej nie jest w żaden sposób magiczną rośliną ;) Po oderwaniu i przekrojeniu liścia, odstawia się go w pozycji pionowej do odcieknięcia takiej żółtej cieczy, dopiero potem odkrawa się części zielone, który z miąższem połączony jest taka kleistą mazią
a przezroczysty miąższ jest tym magicznym czymś, co ma zbawienny wpływ na nasze zdrowie i urodę.
Jak ktoś jeszcze nie wie jaki działania może mieć aloes i jak go wybierać to polecam ten artykuł. Dla mnie do tej pory był cudownym środkiem na oparzenia i przyspieszaczem gojenia ran. Przerabiałam na własnej skórze oparzenie dłoni i śladu nie ma ! Dowiedziałam się, że aloes zawiera substancje, które wytwarzane są w ludzkim organizmie do 16 roku życia i dlatego na dzieciakach wszystko się szybciej goi. A potem potrzeba wspomagaczy w postaci aloesu. Mojej mamy ciotka namiętnie robi mikstury z aloesu - na przeziębienie: miksuje aloes z miodem, dodaje alkoholu i stosuje w razie przeziębienia, jednak w muzeum dowiedzieliśmy się, że to błąd! Najmniejsza dawka alkoholu zabija właściwości aloesu !!! Oczywiście nie obyło się bez zakupów. Kupiliśmy spray na rany lub oparzenia, balsam aloesowy po opalaniu i specyfik (żel) na obolałe miejsca (typu voltaren) do smarowania. Działa !!!
Przy okazji pani powiedziała nam, że warto pojechać do miejscowości, która nazywa się Ajuy, bo jest tam piękna grota warta zobaczenia. Tu ciekawostka dla wszystkich, którzy nie znają hiszpańskiego: w hiszpańskim "j" czyta się jak "h", a "y" jako "j". To teraz wymówcie do jakiej miejscowości pojechaliśmy ;))
Z La Oliva do Ajuy mieliśmy niecałe 60 km, ale podróż okazała się dłuższa niż się spodziewaliśmy. A wszystko to za sprawą gór, które urosły nam na drodze. No niby nie wysokie - po 600 - 700 m npm, ale licząc, że jechaliśmy z poziomu morza, to wspinaczka niezła. No i samochody miały małą moc - silniczki 1,1, aż czasem się zastanawiałam, czy podjedzie pod niektóre górki !
Ale za to widoki - niezapomniane:
Po drodze mieliśmy dwa przystani w punktach widokowych. Na pierwszym spotkaliśmy takie posągi:
które podchodziły bardzo blisko :)
W końcu dojechaliśmy do Ajuy. I to co ukazało się naszym oczom zaparło dech w piersiach. Wioseczka jak bajki, mała plaża z czarnym piaskiem, malownicze klify i wielkie fale.
Teściowie zostali w knajpce, a my z rodzicami ruszyliśmy na małą wspinaczkę do jaskini. Droga wiodła przez klify nad brzegiem oceanu. Aż doszliśmy do jaskini, ba a nawet dwóch - wielkich i szerokich:
Jaskinie są tak umiejscowione, że w czasie sztormu, albo silniejszego zafalowania wejść tam mogą jedynie doświadczeni speleolodzy.
W drodze powrotnej miasteczko wydało nam się jeszcze ładniejsze:
Po
powrocie do miasteczka postanowiliśmy się jeszcze wykąpać w spienionych
falach oceanu. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie te fale...
Jak
tylko weszłam do wody fala natychmiast mnie przewróciła ! I jeszcze
mnie pociągnęła po brzegu - od razu wyszłam z wody. Mój Mąż i mój tato
byli dzielniejsi - wytrzymali trzy uderzenia fali ;)) Nie mogliśmy się
pokąpać :(
Postanowiliśmy
więc ruszyć w drogę powrotną, choć mieliśmy świadomość, że na obiad już
nie zdążymy. I w drodze powrotnej zrobiliśmy zamianę - teściu i tato pojechali ze mną, a mamy z T.
Droga powrotna byłą równie piękna:
Zatrzymaliśmy się też w innym miejscu, gdzie były wiewiórki, patrzcie jakie oswojone:
A po drodze mijaliśmy takie śliczne wiatraki:
Na przekąski też nie zdążyliśmy ...
cdn...
Subskrybuj:
Posty (Atom)







