Nasza nowa miejscówka – Sang Tirta - zaparła mi dech w piersiach – zieleń, zieleń, cisza, spokój i jeszcze raz zieleń. Czego chcieć więcej po męczącej Kucie? Spędziliśmy tu dwie noce, pierwszej nocy w domku obok ktoś nocował, a drugiej byliśmy sami w całym obiekcie. Nasz opcja noclegu była ze śniadaniem (zresztą jak wszystkie miejscówki, które rezerwowaliśmy), dzień wcześniej musieliśmy zdecydować na podstawie krótkiego menu, co chcemy jeść. Wyboru zbyt dużego nie było, więc jednego dnia pancake’i, drugiego Mie Goreg.
Trudno jest opowiedzieć jak tam było spokojnie i zielono – chyba najlepiej oddadzą to film i zdjęcia 😊
Po przyjeździe i obejściu naszej miejscówki ruszyliśmy na spacer po okolicy. Wynaleźliśmy w Google, że nie daleko są gorące źródła, więc zdecydowaliśmy się udać w tamtym kierunku i zobaczyć jak to wygląda. Nasz spacer wśród tarasów ryżowych zachwycał nas z każdym krokiem bardziej i nawet szare niebo nie zniechęcało nas przed odpoczynkiem wśród takiej zieleni. Udało nam się też zlokalizować ciepłe źródła, które okazały się niewielkim basenikiem, z którego korzystali sami tubylcy. Nas od razu za wejście na teren chcieli skasować, ale udało nam się wytłumaczyć panu, ze my tylko oglądamy, a nie korzystamy. W sumie nawet nie zrobiłam zdjęcia tego baseniku, bo głupio było mi iść z aparatem i robić moczącym się ludziom zdjęcia, a z daleka nie było dostępu, żeby pstryknąć fotkę. Za to na parkingu pani sprzedawała owoce i po krótkiej pogawędce poczęstowała nas















