Informacyjnie

Ten blog powstał przede wszystkim po to, żeby spisać swoje wspomnienia z podróży, bo pamięć jest ulotna. Od wielu lat staram się tworzyć notatki z każdego wyjazdu i jestem zdziwiona jak wiele szczegółów się zaciera.
Jeśli przy okazji ktoś może znaleźć coś dla siebie - podpowiedzi, rady, pomysły na podróż - będzie mi bardzo miło.
Wszystkie zdjęcia zamieszczone na blogu są zrobione przeze mnie lub przez mojego Męża, jeśli korzystam ze zdjęć z netu będzie o tym stosowna informacja.
Zapraszam do czytania

środa, 30 września 2020

Trasy rowerowe wokół Kątów Wrocławskich - cz.1 - trasa zielona

Jeszcze w sierpniu wybraliśmy się na wycieczkę rowerową po okolicy i trafiliśmy do fajnego miejsca - Winnicy Adoria w Zachowicach. Oprócz tego, że mają bardzo dobre wino, do dostaliśmy jeszcze mapkę, z zaznaczonymi dwiema trasami rowerowymi w rejonie Kątów Wrocławskich, wśród malowniczej Doliny Bystrzycy.
Wybraliśmy się więc w jedną z wrześniowych niedziel na trasę zieloną - Szlak Bielika. Są dwa warianty trasy L - 23 km i M 19 km.
Tak się złożyło, że dzień wcześniej w okolicy mocno padało, ale to nas nie zniechęciło. 
Z domu do Zachowic mamy ok. 20 km, i trasę znamy, więc przeprawa nie była ciężka, chociaż jadąc skrótem przez pola i tak zdołaliśmy się już ubłocić.
Ścieżka zaczyna się przy drodze z Zachowic do Kamionnej i jest oznakowana i bez problemu można ją odnaleźć. 
Wjechaliśmy do lasu i podobała nam się zarówno droga, jaki i oznakowanie. Po drodze mieliśmy okazję spotkać łabędzie i wszystko wskazywało na to, ze to piękny szlak i piękna przygoda. 
Do czasu.
Z lasu wyjeżdża się na pola, gdzie też całkiem dobrze się jedzie, ale tu trafiliśmy na nieprawidłowe oznaczenie trasy. Wg. znaku na skrzyżowaniu 4 polnych dróg nie było skrętu, więc pojechaliśmy prosto, a powinniśmy skręcić w prawo. Wyjechaliśmy w niesamowite chaszcze, czasem dało się przejechać, ale czasem, ze względu na wysokości trawy trzeba było rower prowadzić. 
Po tych chaszczach udało nam się jednak wrócić na pierwotny szlak. Wyjechaliśmy w Krobielowicach.
Jest tam ładnie odrestaurowany pałac, sporo terenów spacerowych, pole golfowe.



Z Krobielowic trasa rowerowa pokrywa się z drogą nr 346 dość ruchliwą i bez nawet minimalnego pobocza. Po drodze, na ostrym zakręcie, mija się Mauzoleum Feldmarszałka Bluchera. 
Po ok. 1,5 km jeździe znak ścieżki rowerowej skręca w prawo. I wszystko byłoby super, gdyśmy nie stanęli przed zaoranym polem bez żadnej, choćby wąskiej ścieżki, a po drugiej stronie pola z daleka zamajaczył nam znaczek. 
Może gdyby było sucho zdecydowalibyśmy się na przejście przez to pole, ale ze względu na wcześniejsze opady odpuściliśmy sobie. Pojechaliśmy dalej drogą 346, pod autostradą i skręciliśmy w drogę 347 do Sośnicy. W centrum wioski, przy kościele, odnaleźliśmy oznakowania naszego zielonego szlaku i ruszyliśmy dalej. W Sośnicy krzyżują się dwie ścieżki rowerowe - zielona południowa i niebieska północna. 
Droga z Sośnicy do Kątów Wrocławskich jest bardzo ciekawa, biegnie przez Park Staromiejski, który jest bardzo ładny i fajnie urządzony.
W Kątach Wrocławskich wyjeżdża się obok Gminnego Ośrodka Sportu i Rekreacji i Stadiony. Stamtąd szlak poprowadzony jest mało ruchliwymi uliczkami i drogą nad autostradą, a a zaraz za przejazdem skręca się w lewo w las i dalej szlak wiedzie wzdłuż Bystrzycy. 




Teren przy rzece są naprawdę piękne, ale... Niestety nie wszyscy mają nawyk zabierania ze sobą swoich śmieci i i mimo przecudnych widoków, mamy też takie i wcale nie należały do rzadkości :(


Jadąc dalej zieloną trasą dojechaliśmy do terenów Rekreacyjnych "Żwirowni" Stawu Rybnego w Dolinie Bystrzycy, gdzie było całkiem sporo osób, zarówno łowiących ryby, jak i wypoczywających. Teren jest fajnie urządzony i czysty, nie zauważyłam tam hałd pozostawiony śmieci.

Trasa dalej przyjemnie biegła przez las i myślałam, że już wszystkie niespodzianki za nami. Ale nie. Droga z lasu wyszła na pole i najpierw wiodła drogą wśród pól, a potem przy samym lesie. Aż nagle droga się skończyła, a przed nami znów było pole, część zorana, część ściernisko, a znak po drugiej stronie pola. 



Przeszliśmy, ale nie wiem, jak np. ta trasa wygląda, gdy na polu rośnie zboże - nie ma wydzielonej ścieżki, a trasa ma swój ciąg dalszy za polem. Tak nam się przynajmniej wydawało...

Dalej ścieżka miała biec wzdłuż lasu, chyba. Znaki na drzewach wymalowane były, ale ścieżki,żadnej !





Znów zaorane pole prost po deszczu, więc jak się domyślacie błota co niemiara. Koła roweru grzęzły w błocie, opony były całe oblepione i co chwilę się blokowały. I tak spory kawałek. Nie wiem, kto wyznaczył tak ścieżkę rowerową, żeby biegła przez czyjeś pole, bo ewidentnie było to pole. Myślę, że był to najtrudniejszy fragment trasy, pchanie roweru po błocie nie należy do przyjemności.

Po ok. kilometrowym "spacerze" po polu dotarliśmy znów do lasu i niedługo potem wyjechaliśmy na drogę Zachowice - Kamionna, na końcu tej części szlaku.

Brudni i zmęczeni postanowiliśmy wracać do domu. Szlak Bielika zrobiliśmy w wariancie M, te dodatkowe 4 km już sobie odpuściliśmy, jeszcze przed nami ponad 20 km było. 



Reasumując trasa jest naprawdę ładna, malownicza i byłaby fajnym miejscem do wypraw rodzinnych, gdyby nie ten fragment ruchliwej drogi 346 i droga przez pola.

poniedziałek, 31 sierpnia 2020

Żółta książeczka, czyli o szczepieniach przed podróżą

Gdy rozmawiam ze znajomymi o swoich wyjazdach to bardzo często pada pytanie czy szczepimy się przed podróżami.
Otóż tak. Przed naszym pierwszym wyjazdem do Azji wpadłam na pomysł, że może trzeba by się na coś zaczepić. Poszperaliśmy w internecie i wyklinaliśmy wszystko na co zaszczepić się trzeba jadąc do Wietnamu. Kolejnym krokiem było zarejestrowanie się do internisty, żeby nam te wszystkie szczepionki przepisał. I tu pojawiła się pierwsza ciekawostka.
Przy rejestracji do internisty zdradziliśmy, że chcemy się zaszczepić przed podróżą, na co dowiedzieliśmy się, że to nie do internisty powinniśmy trafić, lecz do lekarza medycyny podróży ! Do tej pory nawet nie wiedziałam, że taka specjalność istnieje !
Zarejestrowaliśmy się więc do lekarza medycyny podróży i poszliśmy oczywiście z gotową listą na co chcemy się zaszczepić.
Na to pan doktor powiedział STOP. To co jest w internecie to jest w internecie, najpierw porozmawiajmy ! Wypytał nas o cel podróży, o miejsca w których będziemy, wyjaśnił co i jak, zapytał na co się szczepiliśmy, doradził na co się zaszczepić, a co można sobie odpuścić.
I zalecił nam szczepienia:
- WZW A i WZW B - dwa różne typy zapalenia wątroby (my częściowo byliśmy już na to zaszczepieni wcześniej),
- dur brzuszny,
- krztusiec,
- polio.
Na te choroby byliśmy szczepieni w dzieciństwie, ale po tylu latach należało to wszystko powtórzyć.

Lekarz zalecił nam jeszcze jedną szczepionkę - tu nasze kolejne zaskoczenie - na wściekliznę. Dowiedzieliśmy się, że jest to jedno z najważniejszych szczepień dla podróżujących. Wścieklizna jest chorobą śmiertelna !  W znakomitej większości krajów na świecie nie ma obowiązku szczepienia zwierząt domowych, o dzikich nie wspominając, a podróżując spotyka się na drodze różne zwierzęta.
Oczywiście, jeśli chore zwierze ugryzie, można podać surowicę i 5 dawek szczepionki jako uodpornienie bierno - czynne, ale musi to nastąpić szybko, jeszcze przed pojawieniem się pierwszych objawów choroby. A jak jest się w odludnym miejscu, gdzie spotyka się ludzi, z którymi trudno dogadać się jakimś języku można nie dostać specyfików na czas. Gdy występują pierwsze objawy jest za późno. Śmierć następuje ok. tygodnia od ich wystąpienia. Szacuje się, że na wściekliznę każdego roku umiera ok 55 tys. osób ! Do dziś nie wynaleziono żadnego leku, który zwalcza tę chorobę.
To nas przekonało. Szczepienie przeciwko wściekliźnie trzeba wykonywać cyklicznie: 0-7-28 dzień i 12 m-cy po szczepieniu podstawowym. Potem co 5 lat powinno się podawać dawkę uzupełniająca. Koszt jednej dawki ok. 170 zł.

Ponadto jadąc do Azji warto zaszczepić się też przeciwko grypie, bo tam wylega się wiele różnych odmian,  a takie szczepienia chronią przynajmniej częściowo.


Rok później, gdy byliśmy na 4 dawce szczepienia przeciwko wściekliźnie zapytaliśmy lekarza o żółtą febrę i od razu "rzutem na taśmę" zaszczepiliśmy się i na to. Szczepionkę przeciw żółtej febrze podaje się raz w życiu, a w niektórych krajach przy wjeździe na jego terytorium jest wymagane okazanie książeczki ze stosownym wpisem.
Oczywiście ludzie mają różne podejście do szczepionek, ale ja uważam, że warto się zaszczepić, bo przynajmniej odpada martwienie się czy czegoś nie dopatrzyłeś.
Oczywiście nie na wszystko da się zaszczepić (np. nie ma szczepionki na malarię), ale skoro jest możliwość uniknięcia chociaż niektórych chorób, to ja jestem na tak.

wtorek, 4 sierpnia 2020

Dwa razy w jednym dniu na Śnieżkę ?

Śnieżka - najwyższy szczyt w Karkonoszach i Sudetach. To również najwyższy szczyt w Czechach :) Oficjalnie jej wysokość wynosi 1.602 m n.p.m., ale pomiary wskazują, że jest nieco wyższa - 1.603,29 m n.p.m. Należy do Korony Europy, Korony Gór Polskich, Korony Sudetów i Korony Sudetów Polskich.
Śnieżka w moim życiu była obecna od początku. Od urodzenia mieszkałam u jej podnóża, a z okna mojego pokoju rozciągał się malowniczy widok na Królową Karkonoszy.

Kiedy pierwszy raz byłam na Śnieżce ? - Nie wiem, nie pamiętam tego, ani ja ani moi rodzice. Zdjęć wtedy tyle się nie robiło, więc po prostu nie wiem.
Ile razy byłam na Śnieżce ? Nie wiem, wiele, nigdy nie liczyłam. Ostatnio w ...2007. Sama jestem zdziwiona, że tak dawno...
Jednak przez te wszystkie lata nigdy nie zdobywałam Śnieżki dwa razy w ciągu jednego dnia. Wiem, że są tacy co zdobyli ją i 3 razy w jednym dniu (istnieje impreza biegowa pod hasłem 3xŚnieżka = 1x Mont Blanc), raz nawet byłam kibicem na tej imprezie, ale sama nigdy nie próbowałam.
Do czasu.
Dwa tygodnie temu na wycieczkę na Śnieżkę poszedł z nami mój siostrzeniec -  niespełna 6 -latek. Jako, że Młody nie ma wprawy w zdobywaniu górskich szczytów i, umówmy się, droga pod górę to dla takiego malucha średnia atrakcja, zdecydowaliśmy się na wjazd na Małą Kopę wyciągiem. Dla tych co dawno w Karkonoszach nie byli z Karpacza na Małą Kopę nie jeździ już jedno-krzesełkowy wyciąg tylko czteroosobowa kanapa. Ponoć są jeszcze dwie 4-osobowe gondole, ale akurat w tym dniu były w hangarze. Dane wskazują, że przepustowość kolejki to 1.200 osób na godzinę. My w ogonku do kolejki staliśmy równo godzinę !


A koszt wcale nie jest mały - wjazd na górę dla osoby dorosłej to 50 zł a dla dziecka 30 zł. Jeśli chce się wjechać i zjechać to koszty 55 zł dla osoby dorosłej i 35 zł dla dziecka, a zjazd dla wszystkich po 25 zł.
Plan mieliśmy taki, że wjedziemy na Małą Kopę, wejdziemy na Śnieżkę, a potem zejdziemy czerwonym szlakiem przez Kocioł Łomniczki.
Po godzinie stania w kolejce byliśmy trochę znużeni, ale już podchodząc pod górkę było super !


No poza tym, że ludzi był tłum, ale na to się wpływu nie ma.
Na Równi pod Śnieżką przy Domu Śląskim, kolejki spore, ale również wypisane informację, że zarówno restauracja, jak i toalety na Śnieżce są nieczynne.


Kolejna nowość - wprowadzona 11 lipca br. to  jednokierunkowa droga na górę - szlak niebieski, łagodny, jest dwukierunkowy, ale czerwonoczarny wiedzie tylko pod górę.

Na szczycie było dosyć chłodno, ale widoki jak zwykle cudne :)
Młody dał sobie świetnie radę, zwłaszcza na podejściu na sam szczyt - było stromo, były kamienie coś się działo, a nie nudna, prosta droga...
Chwilę pochodziliśmy po szczycie i podeszliśmy jak zwykle na stronę czeską, bo słyszeliśmy, że tam też kolejka jest przebudowana i zamiast dwuosobowej kanapy są czteroosobowe gondole. Po czeskiej stronie można zjeść i napić się zarówno w barze przy gondoli, jak i w ich budynku zwanym pocztą. Można też skorzystać z toalety, oczywiście za wszystko płacąc w koronach lub złotówkach - obie waluty dopuszczalne.
Zeszliśmy do gondoli i Młodemu tak się spodobało, że namówił nas na przejażdżkę gondolą.

Wyciąg po stronie czeskiej jeździ do Peca pod Śnieżką, ale po drodze jest jeszcze stacja pośrednia Růžová hora, gdzie można wysiąść lub wsiąść do kolejki. Postanowiliśmy dojechać właśnie do Růžovej hory, a potem wrócić na Śnieżkę również gondolką.
Kupując bilety chcieliśmy kupić od razu tam i z powrotem, ale Pan w kasie powiedział, że się nie da, ale na Růžovej horze też jest kasa biletowa. Zapominał tylko dodać, że nie można tam płacić kartą (choć u niego właśnie kartą płaciliśmy) ani złotówkami tylko w czeskich koronach. 
I jakież było nasze zdziwienie, gdy już dojechaliśmy, zrobiliśmy małą przerwę i postanowiliśmy wracać, gdy w kasie powiedziano nam, że owszem bilet na Śnieżkę można kupić, ale tylko w lokalnej walucie !
Na Śnieżkę 2,5 km w górę, do Peca podobnie tylko, że dół. Najbliższe schronisko 800 metrów dalej, ale nie mieliśmy gwarancji, że tam wymienimy złotówki na korony :( Po krótkiej naradzie postanowiliśmy wejść na Śnieżkę po raz drugi tego samego dnia, tym razem od strony czeskiej.


Wejście czeskim żółtym szlakiem jest łatwiejsze niż czerwonoczarnym od strony polskiej, ale mimo wszystko dobrą godziną szliśmy pod górkę. Młody był zmęczony, ale dał radę ;)
Po krótkim odpoczynku na szczycie trzeba było wracać do samochodu, a tej drogi wcale mało przed nami nie było. 



 
Schodzi się z góry mimo wszystko nieco trudniej niż wchodzi :)
Ale przynajmniej dalej już wszystko poszło zgodnie z planem, czyli niebieskim szlakiem ze Śnieżki do Domu Śląskiego na Równi pod Śnieżką,
a dalej czerwonym szlakiem przez Kocioł Łomniczki. Ten szlak to moja ulubiona drogą na szczyt Karkonoszy. Jest to najgłębszy
karkonoski kocioł pochodzenia lodowcowego.
Trasa jest malownicza i bardzo przyjemna, a na dodatek cały kocioł objęty jest ścisłą ochroną. Ciekawostką na szlaku jest symboliczny cmentarz ludzi związanych z górami, którzy w górach zginęli.
W kotle zimą często schodzą lawiny, więc dla bezpieczeństwa szlak zimą jest zamykany.
I jak samo zejście przez Kocioł Łomniczki Młodemu się podobało, tak już końcówka trasy od Schroniska nad Łomniczką była dla niego zbyt nudna. Na szczęście w lesie mieszkały smoki i inne stwory.


Do domu wróciliśmy dość zmęczeni całodzienną eskapadą, ale Młody był dumny, że jako pierwszy z rodziny zdobył Śnieżkę dwa razy w jednym dniu :)