Z
Malezji do Singapuru przylecieliśmy liniami AirAsia i lądowaliśmy na
Terminalu 4 (T4). Ten terminal jest najnowocześniejszy i w pełni
zautomatyzowany – od odprawy biletowej i bagażowej, przez kontrolę
paszportową, aż po wejście na pokład. Wszystko odbywa się za pomocą
technologii rozpoznawania twarzy i samoobsługowych kiosków (i nikt nie
wbija już pieczątki w paszport). T4 znajduje się w oddzielnym budynku na
południowym krańcu lotniska i nie jest bezpośrednio połączony z
pozostałymi – aby do nich dotrzeć, trzeba skorzystać z bezpłatnego
shuttle busa. Właśnie w okolicach Terminali 1, 2 i 3 znajduje się słynne
Jewel
Changi Airport – imponujący kompleks, w którym podziwiać można
najwyższy na świecie wewnętrzny wodospad. My niestety go nie
zobaczyliśmy, bo akurat podjechał nasz autobus.

Bilety
na autobus kupuje się niezwykle prosto: wsiadając, przykłada się do
czytnika kartę płatniczą, a wysiadając, robi się to po raz drugi. To
wszystko.
Zdecydowaliśmy się pojechać najpierw do hotelu, żeby zostawić
bagaże. Za dwie noce bez śniadania, kilka przystanków metra od centrum zapłaciliśmy 665,00 zł. Pokój miał przynajmniej okno, co w Singapurze wcale nie
jest regułą, zwłaszcza w tej cenie. Rezerwowaliśmy go w Black Friday,
dzięki czemu zapłaciliśmy 50% standardowej ceny. Pokój był nieduży, ale
czysty. Jedyne, co mnie irytowało, to spora szpara pod drzwiami, przez
którą całą noc wpadało światło z korytarza. Ale i tak spędziliśmy tam
niewiele czasu ;)
Singapur już od pierwszych minut pobytu skradł moje serce, od początku podobał mi się tam praktycznie wszystko, począwszy od podchodzenia do lądowania, gdy widziałam widoki za oknem, przez lotnisko i podróż autobusem, a to był dopiero początek.
Do metra mieliśmy kilkadziesiąt kroków i właśnie metrem udaliśmy się na początek do Chinatown. Podróż metrem jest równie łatwa jak autobusem przechodząc przez bramki przykłada się kartę i wychodząc przez bramki robi się to po raz drugi.
Już po 20 minutach wysiedliśmy w dzielnicy chińskiej. Jakże inna jest ona od tej w George Town! Chinatown w Singapurze to największa historyczna dzielnica miasta, która łączy tradycję z nowoczesnym stylem życia. Dominują tu kolorowe, odnowione kamienice, w których mieszczą się hotele, bary, restauracje i sklepy. Wszędzie jest czysto, mimo tłumów turystów. Podobnie jak na Penang, można tu napotkać wiele murali, ale są one bardzo zadbane i na bieżąco odrestaurowywane. Cała okolica wyróżnia się wielokulturowością – na jednej ulicy sąsiadują ze sobą świątynie buddyjskie, hinduistyczne i meczety.
Uwagę
zwracają też pomniki, jak np. rzeźba przedstawiająca kulisa. Upamiętnia
ona chińskich emigrantów, którzy przybyli tu w XIX wieku i jako
niewykwalifikowani robotnicy wykonywali najcięższe prace fizyczne. Ten
pomnik szczególnie zapadł mi w pamięć, bo gdy po spacerze postanowiliśmy
ruszyć dalej, zaskoczyła nas ogromna ulewa. Schroniliśmy się pod
arkadami właśnie z widokiem na tę rzeźbę.
Czerwony budynek w tle to siedziba Nanyang Old Coffee – unikalnego miejsca łączącego kawiarnię z Muzeum Tradycyjnej Kawy (Singapore Traditional Coffee Museum). Na parterze mieści się kawiarnia, a kameralne muzeum znajduje się na piętrze. Wystawa prezentuje historię singapurskiej kultury kawowej (kopi) od lat 40. XX wieku. Można tam zobaczyć zabytkowe młynki, naczynia i archiwalne zdjęcia, a także dowiedzieć się, czym różni się tradycyjna Kopi od Kopi-O czy Kopi-C (*)
Dla gości kawiarni wstęp jest bezpłatny, a kawa była bardzo dobra.
Gdy
przestało padać, ruszyliśmy przed siebie. Nagle krajobraz zmienił się
całkowicie – otoczyły nas szklane wieżowce dzielnicy biznesowej, a po
kilkunastu minutach dotarliśmy do Marina Bay. Ta nowoczesna zatoka to
symbol Singapuru. Powstała w wyniku osuszania gruntów, które rozpoczęło
się w latach 70. ubiegłego wieku. Cały proces – od rekultywacji terenu,
przez zamknięcie zatoki, aż po budowę okolicznych obiektów – trwał
blisko 40 lat. Symbolicznym zwieńczeniem było otwarcie Marina Bay Sands w
2010 roku.
Nasze kroki skierowaliśmy prosto do Gardens by the Bay. To niesamowity park o powierzchni 101 hektarów, utworzony na gruntach pozyskanych z morza, co kosztowało ponad miliard dolarów. Ogród podzielony jest na trzy części: Bay South (największa), Bay East oraz Bay Central. Całość gromadzi ponad 1,5 miliona roślin z niemal każdego kontynentu. Największą część kompleksu zajmują ogrody zewnętrzne, do których wstęp jest bezpłatny. Akurat trafiliśmy na okres świąteczny, więc część parku została wydzielona na festiwal Christmas Wonderland.
Najważniejszą strefą jest Supertree Grove, gdzie znajdują się słynne Superdrzewa – 18 konstrukcji o wysokości od 25 do 50 metrów. Ich budowa jest fascynująca: mają żelbetowy rdzeń, stalową ramę i panele z siatki, na których rośnie ponad 162 000 roślin (ponad 200 gatunków). 11 drzew posiada panele fotowoltaiczne, a niektóre służą jako kominy odprowadzające przefiltrowane spaliny z podziemnej elektrowni na biomasę, która zasila system chłodzenia szklarni.
W samym Supertree Grove znajduje się 12 drzew. To tutaj wieczorami
odbywają się darmowe pokazy światła i dźwięku. 22 metry nad ziemią
rozciąga się kładka (OCBC Skyway), a na szczycie najwyższego drzewa
działa punkt widokowy (Supertree Observatory) – oba miejsca są płatne,
ale oferują obłędne widoki. Teren ogrodów to także Heritage Gardens
(Ogrody Dziedzictwa) oraz World of Plants (Świat Roślin) z edukacyjnymi
ścieżkami. To miejsce, w którym można spędzić wiele godzin, ciągle
odkrywając coś nowego.
Jak wspomniałam w czasie naszego pobytu część kompleksu była ogrodzona na potrzeby festiwalu Christmas Wonderland. To taki wielki Jarmark Bożonarodzeniowy z różnymi straganami z rękodziełam i jedzeniem, różne atrakcje, iluminacje świetlne, czy ... rozpylany sztuczny śnieg, co przy temperaturze powyżej 25 stopni robi zabawne wrażenie ;)
Również codzienny pokaz świateł i dźwięku w Gaju Superdrzew zyskuje specjalną oprawę. Muzyka zostaje zmieniona na bożonarodzeniowe klasyki w nowoczesnych aranżacjach, a iluminacja drzew jest zsynchronizowana z rytmem kolęd.
Dodatkową atrakcję jest miasteczko Świętego Mikołaj, gdzie można odwiedzić jego dom, ale też zobaczyć go samego, jak mnie saniami po niebie ;)
Christmas Wonderland kosztował nas 15 SGD za osobę, ale był to bardzo fajnie spędzony czas.
Na co dzień pokazy świateł i muzyki przy Supertree Grove są nieodpłatne, ale w przypadku tego festiwalu, też można było pokaz zobaczyć za darmo, tyle że nie bezpośrednio spod drzew, tylko z pewnej odległości.
W pierwszym naszym dniu w Singapurze mieliśmy okazję zobaczyć jeszcze The Shoppes at Marina Bay Sands - jedno z najbardziej luksusowych i zaawansowanych technologicznie centrów handlowych na świecie, z kasynem, teatrem, a nawet kanałam wodnym, po którym można przepłynąć się tradycyjną łódką. Oprócz sklepów luksusowych marek, można zrobić zakupy w popularnych również u nas sieciówkach. Do tego jest ogromny food court, gdzie można zjeść najróżniejsze potrawy azjatyckie. I w przeciwieństwie do Kuala Lumpur, w całym centrum handlowym toalety
są bezpłatne ;) W podziemiach znajduje się stacja metra, do której
prowadzą szerokie korytarze – to właśnie tam można spotkać grupy
młodzieży trenujące różne odmiany tańca nowoczesnego, wykorzystujące
szklane witryny jako lustra.
Zmęczeni, ale zauroczeni miastem wróciliśmy do hotelu bardzo późno, bo kolejnego dnia czekały nas kolejne atrakcje.
cdn...
(*) Kopi to kawa z mlekiem skondensowanym (bardzo słodka i kremowa), Kopi-O to czarna kawa z cukrem, a Kopi-C to kawa z mlekiem zagęszczonym niesłodzonym i cukrem (mniej słodka niż zwykłe Kopi).





















































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz