W marcu wypadł nam fajny wyjazd do Hiszpanii, pierwszy z planowanych kilku w tym roku.
Pojechaliśmy na obóz sportowy, ale dzięki fajnemu ułożeniu treningów mogliśmy zwiedzić okolicę.
Miejscem, do którego pojechaliśmy było Lloret de Mar - jedno z najbardziej znanych miast turystycznych na Costa Brava. Bywa też zwane jako "imprezowa stolica" Costa Brava, ale to chyba latem, bo w marcu było całkiem spokojnie.
To liczące ok. 40 tys mieszkańców miasto znajduje się 75 km na północny wschód od Barcelony. Słynie z piaszczystych plaż, pięknych widoków i głośnych dyskotek, choć niektórym może się kojarzyć z kręconymi w okolicy "Pamiętnikami z wakacji".
Jednak Lloret de Mar to nie tylko imprezowe centrum, ale również prestiżowy ośrodek certyfikowany jako "Sport Tourism Destination", z infrastrukturą sportową na najwyższym poziomie. Miasto jest bazą dla profesjonalnych zgrupowań i obozów sportowych nie tylko z Europy, ale i innych stron świata. Większość kluczowych obiektów znajduje się w tzw. Sport Zone blisko centrum.
I tak po kolei: nowoczesny basen miejski z pełnowymiarową niecką olimpijską 50x25 m, siłownią i centrum spiningowym, obok stadion lekkoatletyczny z 400-metrową, 8-torową bieżnią oraz zapleczem do skoków wzwyż, w dal i o tyczce, kompleks 14 boisk piłkarskich, tor rolkarski i hala sportowa.
Do tego okolice Lloret to świetne miejsce na zgrupowania kolarskie dzięki urozmaiconym, pagórkowatym i krętym drogom.
Sama starówka miasta jest bardzo klimatyczna, z typowymi dla Hiszpanii wąskimi uliczkami. Spacery w takich miejscach zawsze są przyjemnością, a tu jeszcze blisko do morza, co sprawia, że nawet jak nie jest gorąco, w powietrzu i tak czuć wakacje.
Miasto, mimo że ma ponad 2000-letnią tradycję, nie posiada zbyt wielu zabytków - można jedynie zobaczyć kościół Sant Roma z kolorową, mozaikową kopułą, na pierwszy rzut oka przywodzącą na myśl Gaudiego, choć to nie on jest autorem, a jego uczeń i naśladowca Bonaventura Conill i Montobbio.
Drugim zabytkiem jest zamek z lat 40. XX wieku Castell d'en Plaja, ale nie jest dostępny dla zwiedzających, bo jest prywatny.
Jest też kilka pomników oraz renesansowa ogrody Santa Clotilde, ale tym razem tam nie dotarliśmy.
Zrobiliśmy sobie za to świetną pieszą wycieczkę do Tossa de Mar. Normalnie, drogą jest ok. 10 km, ale my wybraliśmy malowniczy szlak po klifach, niestety nie cała trasa, ale większość była równie interesująca. Dojście do Tossa zajęło nam 3 i pół godziny i wyszło nam "tylko" 14,5 km. Ale było warto, było naprawdę pięknie, choć momentami wymagająco, a sama Tossa de Mar okazała się niesamowitym miejscem.
Tossa de Mar jest niewielkim miasteczkiem, poza sezonem mieszka tu około 5 tys. mieszkańców, ale uważana jest za jedno z najpiękniejszych miasteczek Costa Brava. W przeciwieństwie do Lloret de Mar jest bardziej kameralna i urocza. Najważniejszą atrakcją tego nadmorskiego kurortu jest Vila Vella (Stare Miasto) - jedyne na katalońskim wybrzeżu w pełni zachowane średniowieczne miasto otoczone murami obronnymi z XII-XIV wieku. Po murach można spacerować i podziwiać malownicze widoki na miasto i plaże, chociaż podczas naszego pobytu ścieżka po murach nie była dostępna w całości. W najwyższym punkcie wzgórza zamkowego znajduje się latarnia morska, którą można zwiedzać.
Ciekawą budowlą jest też barkowy kościół z XVIII wieku, prosty, skromny i jak na tak niewielką miejscowość solidnych rozmiarów.
Za to do Tossa de Mar dotarliśmy jeszcze dwa razy, ale już autobusem. Raz wybraliśmy się na pieszą wycieczkę do malowniczej zatoczki Cala Pola. Trasa była fajnie oznaczona, prowadziła przez dzikie klify, sosnowe zagajniki i mnóstwo przepięknych punktów widokowych. Całe kółko - od przystanku autobusu, aż na plażę w Tossa wyszło nam 9 km i był to równie piękny spacer, co ten poprzedni.
Podczas naszego ostatniego pobytu w Tossa, wypożyczyliśmy rower i zwiedzaliśmy okolicę z Polakiem mieszkającym tam od lat, który jest właścicielem wypożyczalni, a zarazem centrum rowerowego.
Część trasy była nam trosze znana, bo jechaliśmy niedaleko naszej ostatniej wędrówki, ale potem wjechaliśmy w trasy szutrowe. Szczerze mówiąc pierwszy raz od wypadku sprzed dwóch lat siedziałam na rowerze, ale poradziłam sobie.
Nasz obóz trwał tydzień, większość czasu spędziliśmy właśnie w Lloret i Tossa. Naprawdę polecam te miejsca, można tu odpocząć i się zresetować, ale myśle, że najlepiej wybrać się w te okolicy poza sezonem urlopowych. No chyba, że się lubi upał, tłum (w szczycie sezonu liczba "mieszkańców" wzrasta nawet do 100 tys.), głośne imprezy i tłok na plaży.
cdn...
















































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz