Informacyjnie

Ten blog powstał przede wszystkim po to, żeby spisać swoje wspomnienia z podróży, bo pamięć jest ulotna. Od wielu lat staram się tworzyć notatki z każdego wyjazdu i jestem zdziwiona jak wiele szczegółów się zaciera.
Jeśli przy okazji ktoś może znaleźć coś dla siebie - podpowiedzi, rady, pomysły na podróż - będzie mi bardzo miło.
Wszystkie zdjęcia zamieszczone na blogu są zrobione przeze mnie lub przez mojego Męża, jeśli korzystam ze zdjęć z netu będzie o tym stosowna informacja.
Zapraszam do czytania

czwartek, 26 stycznia 2012

Zimowy Innsbruck


W sobotę wyjeżdżaliśmy z Maso Corto. Pierwszym miejscem, gdzie się zatrzymaliśmy była miejscowość Merano. Po pierwsze musieliśmy podjechać do szpitala oddać kule, bo zostały wypożyczone i była za nie kaucja
Drugim powodem były zakupy w tutejszym markecie.
Ale miasto na tyle nam się spodobało, że postanowiliśmy udać się na spacer i wcale się nie zawiedliśmy. Okazuje się, że przed laty było to jedno z najsłynniejszych uzdrowisk w Alpach.





Spacer był bardzo udany, z krótką przerwą na cappuccino w kafejce przy deptaku, a potem ruszyliśmy w dalszą drogę. Naszym celem był Innsbruck, a właściwie mała wioseczka pod Innsbruckiem, Vill, praktycznie przedmieścia Innsbrucka. Tam zamieszkaliśmy w bardzo przytulnym gasthausie
a z okna rozciągał się piękny widok:
Na miejscu dostaliśmy od właścicielki  karty "Innsbruck Card" dzięki czemu mogliśmy poruszać się po Innsbrucku i z Vill do Innsbrucka autobusami za darmo, a dodatkowo mieliśmy zniżki na karnety narciarskie.
I tak po szybkim rozlokowaniu się w pokoju ruszyliśmy do Innsbrucka na popołudniowo -wieczorny spacer. Ci, którzy czytają mnie od jakiegoś czasu wiedzą jak jestem zauroczona Innsbrukiem. Pierwszy raz jechaliśmy przez to miasto wieczorem, jak wracaliśmy z nart w 2008 roku. Miasto już wtedy mnie oczarowało, a rok później pojechaliśmy tam w drodze na narty i zostaliśmy kilka godzin. Potem za każdym razem, gdy przejeżdżaliśmy przez Innsbruck zatrzymywaliśmy się choć na kilkanaście minut, żeby nasycić się atmosferą miasta :) Tym razem mogliśmy być tam dłużej i ani na chwilę czar nie prysnął, co więcej jestem jeszcze bardziej zauroczona :)

Do tego ujęła mnie serdeczność mieszkańców. Mieliśmy wiele sytuacji, gdzie mogliśmy się o tym przekonać, np. jechaliśmy autobusem i wyjęliśmy mapę, wiedzieliśmy gdzie wysiąść, ale chcieliśmy sprawdzić, gdzie możemy dojechać, jak nie wysiedlibyśmy tam gdzie planowaliśmy. Po chwili jedna z pasażerek autobusu zapytała nas czy w czymś pomóc, gdzie chcemy dojechać, itp. I tak zdarzało się wiele razy, nie tylko w autobusie :)

Tak się złożyło, że w czasie kiedy my byliśmy w Innsbrucku odbywała się tam kolejna Olimpiada: 
Pierwsze Zimowe Igrzyska Olimpijskie Młodzieży.
Trochę się zdziwiliśmy, bo nie wiedzieliśmy, że taka impreza w ogóle ma miejsce. Ale za to w centrum miasta płonął znicz olimpijski
a także mogliśmy śledzić dekoracje młodych sportowców
W Innsbrucku spędziliśmy dwa wieczory, a także całe przedpołudnie w dniu wyjazdu.
Innsbruck jest tak samo piękny wieczorem jak i za dnia :)


Dla mnie dodatkową atrakcją było zwiedzanie wystawy kolekcji Swarovskiego. Na dwóch poziomach można było pooglądać trochę różnych wymyślnych cacek, a w dodatku funkcjonuje tam całkiem pokaźny sklep. Niestety ceny tam są znacznie wyższe niż u nas, za taką samą rzecz jak w Polsce trzeba zapłacić, może nie znacznie, ale troszkę więcej.

Na koniec jeszcze ciekawostka. Na przeciwko gasthausu, w którym mieszkaliśmy stało takie coś:
Nie zwracając uwagi na napis (z okna nie zobaczyłam), pomyslałam, że mamy bardzo blisko przystanek, tylko jak przyszliśmy na ten "przystanek", okazało się że miejsce, gdzie można kupić świeże produkty, w taki sposób, jak np kawę lub batonika w automacie :) Były tam jajka, świeże soki, dżemy, a wiosną i w lecie owoce i warzywa. Wrzuca się pieniążka, wybiera numer, zwalnia się blokada w drzwiach i można wziąć produkt. Co lepsze, te produkty na bieżąco uzupełniają okoliczni rolnicy :)
Na deser jeszcze jedno zdjęcie z cyklu "Innsbruck nocą" z Goldenes Dachl:)
cdn...

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Plusy i minusy Maso Corto


Mimo tego, że fajnie bawiliśmy się w Maso Corto nie sposób nie zauważyć jego wad. Ale o tym za chwilę - najpierw o samym Maso Corto. Nie jest to miasto, ani miasteczko, ani wieś - jest to osada, choć też nie wiem, czy tak to nazwać. Bo jak nazwać coś, gdzie nie ma praktycznie mieszkańców są tylko trzy większe hotele i jeden mniejszy i apartamenty dla tych, którzy okresowo tam pracują, jeden sklep spożywczy, jeden sklep sportowy, jeden z cyklu "101 drobiazgów", jedna restauracja (co wymaga obszerniejszego komentarza później), mały kościółek i ze trzy bary. Zresztą zobaczcie - oto całe Maso Corto:
przy czym to duże po prawej stronie to te trzy hotele, a po lewej reszta.
Hotele:
Pozostała część "osady":


Najbardziej zaskoczyło mnie, że w tym rejonie podstawowym językiem jest język niemiecki. Mimo, że tereny administracyjnie należą do Włoch mieszkańcy uważają się nie za Włochów tylko za Tyrolczyków i nawet między sobą rozmawiają po niemiecku. Zresztą tereny te zostały włączone do Włoch dopiero po pierwszej wojnie światowej, wcześniej należały do Austrii. Co na porządku dziennym jest w tym rejonie to również wszędzie napisy dwujęzyczne, przy czym na pierwszym miejscu napisy po niemiecku, a na drugim po włosku. Nawet nazwy miejscowości na tabliczkach są zawsze dwie. Jak dojeżdżaliśmy do celu naszej podróży i naszym oczom ukazała się tablica z nazwą miejscowości to na górze większymi literami było napisane Kurzras a dopiero pod spodem mniejsza czcionką  Maso Corto. I jakoś nikt z tego powodu nie robi problemu... Dla jasności dodam, że sam ośrodek narciarski nie jest w żaden sposób (chodzi mi o wyciągi i trasy narciarskie) połączony z innym austriackim ośrodkiem i nie można (jak to było w Cervini) zjechać za granicę, w tym wypadku do Austrii !
Maso Corto, zwłaszcza rezydencja Top Kurz, w której mieszkaliśmy jest w dużej mierze nastawiona na Polaków. Z tego co słyszałam i widziałam ok. 70% gości to osoby z naszego kraju. Co więcej od kilku lat późną wiosną (maj, czerwiec) organizowane są tam dni polskie, na których zjawiają się polscy celebryci, żeby trochę poimprezować i wypromować ośrodek. A że śnieg na lodowcu (lodowiec Hochjoch) dostępny jest praktycznie cały rok, to i ludzie tam ściągają. W okresie polskich dni ceny osiągają podobno bardzo wysoki poziom, czego nie można powiedzieć o samej imprezie ;))
Poza tym w ośrodku często goszczą ekipy sportowców różnych dyscyplin i różnych krajów, oczywiście z Polski również. W tym samym czasie co my była na obozie kadra polskich kajakarek kanoe - biegały na nartach, pływały, trenowały na siłowni. Trening tym bardziej wyczerpujący, że ośrodek mieści się na wysokości ponad 2000 m npm. Jak poszliśmy na basen w pierwszy dzień po przyjeździe to z trudem przepłynęłam dwie długości (25 metrów), gdzie normalnie bez przerwy przepływam 10 długości !

Teraz będzie trochę o plusach i minusach, zacznę od minusów.
Mimo, że ośrodek utrzymuje się głównie z polskich turystów wyczuwalna jest tam niechęć do Polaków. Sam właściciel rezydencji jest bardzo sympatyczny i otwarty, ale nawet panie w recepcji, mimo, że Polki to łaskę robią, że w ogóle z Tobą rozmawiają. Jednego dnia T. poszedł rano do sklepu, droga z hotelu była oblodzona i niczym nie posypana, T. się poślizgnął i wywrócił i dość boleśnie stłukł sobie łokieć. Poszliśmy zgłosić na recepcji, że jest ślisko i może by czymś posypali, żeby sobie nikt krzywdy nie zrobił, to pani nam powiedziała, cyt: "To trzeba chodzić na około". A jak w dniu wyjazdu oddawałam klucze w recepcji to nawet "do widzenia" nie usłyszałam. Inną sprawą jest podejście do turystów w całej miejscowości. W spożywczym (samoobsługowym oczywiście) człowiek czuł się, jakby przeszkadzał, panie miały miny, jakby były obrażone na cały świat, że ktoś przychodzi i pieniądze u nich zostawia. W większości miejsc w osadzie i na wyciągach było podobnie, czuło się tak, jakby przeszkadzało się tubylcom.
Restauracja i pizzeria w jednym - pan z obsługi był nawet uprzejmy, ale lokal czynny jest od 18.30, przy czym kuchnię restauracji zamykają o 20.00, a pizzerię o 21.00 !!! A potem już nic nie zjesz.
Ponoć w zeszłym sezonie w miejscowości działała dyskoteka, nota bene najemcami pomieszczeń i prowadzącymi lokal byli Polacy, a że dobrze im się wiodło i mieli duże obłożenie, to w tym roku tak im podnieśli czynsz, że doszli do wniosku, że im się nie kalkuluje i w tym roku lokal stał zamknięty na trzy spusty !
Kolejnym minusem jest infrastruktura. Niby tych wyciągów trochę jest: 4 orczyki (tzw. talerzyki), jeden wagon 80-cio osobowy wwożący ludzi na lodowiec i 7 wyciągów krzesełkowych, ale... z tych 7 wyciągów krzesełkowych tylko dwa są zamykane (z czego jeden był nieczynny), a cała reszta jest stara i w dość słabym stanie. Jeśli jedzie się 10 minut wyciągiem niezamykanym, a wokół hula zimny, wręcz lodowaty wiatr, to człowiekowi się zjeżdżać odechciewa. Co więcej jak tylko jest bardzo silny wiatr, to zaraz wyciągi zamykają i można sobie pojeździć tylko po dwóch bardzo łatwych trasach, obsługiwanych przez orczyki. Dla ludzi chcących się wyjeździć to naprawdę za mało ! Jak rozmawialiśmy z polskimi instruktorami, którzy są tam od kilku lat, dlaczego nie inwestują w infrastrukturę, to podobno odpowiedź "nieoficjalna" jest tak, że lepiej niech to upadnie, niż mają przyjeżdżać Polacy. Niezbyt to miłe, nie wiem czy tak jest faktycznie, ale jak mówi stare porzekadło - w każdej plotce jest odrobina prawdy, a widząc podejście tubylców do turystów można pomyśleć, że faktycznie coś w tym jest !

Tyle minusów - teraz plusy. Fajny apartament - ale o tym już pisałam, zaplecze regeneracyjne, czyli basen i sauny - po wyczerpującym dniu na nartach odnowa biologiczna jest super. W tej nieszczęsnej restauracji super smaczna pizza ! No i na plus zaliczam trasy - nie jest ich dużo, tylko 35 km, ale są szerokie, zróżnicowane i bardzo dobrze przygotowane. No i niesamowite widoki.
Jak widzicie minusy są poważniejsze niż plusy i reasumując - więcej tam nie pojedziemy ! Owszem warto było pojechać i zobaczyć coś nowego, innego, ale nie warto tam wracać.
Na sam wyjazd nie narzekam, bo towarzystwo było super i generalnie było fajnie, ale z tym samym towarzystwem, można równie fajnie spędzić czas gdzieś indziej. Jest to czwarty ośrodek narciarski we Włoszech, w którym byliśmy i ten oceniam najsłabiej. Moim numer jeden w dalszym ciągu zostaje Livignio, gdzie byłam już 3 razy i jeszcze się wybieram, jak dobrze pójdzie już w marcu :)

A na koniec jeszcze jedna ciekawostka na temat Maso Corto i okolic.
Wyobraźcie sobie taką sytuację: wrzesień 1991 roku, dwoje turystów idzie w góry. Nagle, na wysokości 3.120 m npm, spod śniegu widzą wystającą... nogę. Myśląc, że to zamarznięty turysta lub narciarz wzywają pomoc, po badaniach okazuje się, że znaleziony człowiek ma ponad 5.000 lat !!! Człowieka nazwano właśnie Ötzi (od tej części Alp, a nie od DJ'a ;)) i po dziś dzień można oglądać go w muzeum w Bolzano, a w miejscu, gdzie go znaleziono postawiony został pomnik.

piątek, 20 stycznia 2012

Narty na lodowcu w Maso Corto

20.01.2012
Podróż do Maso Corto  minęła nam bardzo sprawnie i bez utrudnień, tylko mój Mężuś wymyślił sobie przejazd super-fajną trasą przez górki i masę zakrętów, co wydłużyło naszą podróż mniej więcej o godzinę. Nasi znajomi czekali już na nas na miejscu i doczekać się nie mogli. Po krótkim przywitaniu i zapoznaniu zaprowadzili nas do naszego apartamentu i pomogli nam się rozładować z samochodu. Na 21.00 zaplanowany był powitalny koktajl w sali przy recepcji.

To powyżej to oczywiście recepcja i okolice ;)
Podczas spotkania powitał nas szef  "Top Residence Kurz", omówiony został program i atrakcje i można było pokosztować zaproponowanych drinków, głównie wina, campari i lekkich drinków na bazie campari.
Apartament, w którym mieszkaliśmy był bardzo komfortowy. Docelowo może tam mieszkać 5 osób, my byliśmy we dwójkę. Duży pokój z wyciąganym z szafy łóżkiem, stół, kanapa, biurko, telewizor, do tego aneks kuchenny z lodówką, kuchenką dwupalnikową, zlewem i wszystkimi niezbędnymi sprzętami, mały pokój z łóżkiem piętrowym i łazienka z wanną.
W sobotę po podróży dość szybko "padliśmy", więc spać poszliśmy dość wcześnie.
W niedziele rano pobudka, spacer do sklepiku po coś na śniadanie i do kasy po karnety. A tam niespodzianka, za karnety musimy zapłacić ! a miały być wliczone w cenę pobytu. T. poszedł do recepcji wyjaśnić sprawę, ale okazało się, że faktycznie za karnety płacimy, ale potem będzie to odliczone od ceny apartamentu (i tak było). Pierwszego dnia pogoda się nie spisała. Pojeździliśmy dla rozgrzewki na dwóch wyciągach talerzykowych w miasteczku, potem wjechaliśmy na górę wagonikiem
ale pogoda zupełnie nie nadawała się do jazdy na wysokości 3000 m. Wiatr wiał bardzo mocno, zawiewał śnieg, co bardzo mocno ograniczało widoczność, więc więcej na górę nie wjeżdżaliśmy, tylko jeździliśmy na wyciągu zlokalizowanym niżej. Jednak im dłużej jeździliśmy, tym bardziej byliśmy zmarznięci (kanapa nie zakrywana, jadąca 9 minut przy silnym wietrze - nic przyjemnego). Za to po powrocie do ośrodka basen i sauna i sucha i mokra :) pełna regeneracja
Kolejny dzień i pogoda podobna. Co prawda słonko pojawiało się na niebie od czasu do czasu, ale nie było zbyt przyjemnie. Za to na poniedziałkowy wieczór zapisaliśmy się na wyjście na kolację do oddalonej o ok. 3,5 km tyrolskiej chaty

na kolację tyrolską, czyli pieczone jagnię, tyrolskie knedle i surówkę z białej kapusty z kminkiem.
Ależ to było pyszne ! Ja za jagnięciną nie przepadam, zwłaszcza po Chorwacji, gdzie dostaliśmy taką niezbyt dobrze zrobioną, ale ta - to była rozkosz dla podniebienia - zjadłam aż trzy porcje !!! Zresztą nie tylko ja, wszyscy się objedliśmy niemiłosiernie ! Najlepsze było jednak przed nami ;) Jak szliśmy na kolację było z górki, ale powrót to 3,5 km pod górkę i to całkiem niezłą, przy -15 stopniach - polecam ;) Takiego "spida" dostałam, że przyszłam sporo przed wszystkimi, ale wiedziałam, że jak zwolnię, albo jak się zatrzymam to już nie dojdę ;)
Wtorek znów przywitał nas niezbyt przyjemną aurą, co prawda nie wiało, ani mocno nie sypało, ale słońca nie było, tylko pochmurno i chłodno. Mniej więcej koło południa mieliśmy zjechać sobie do knajpki, żeby czegoś się napić i trochę się ogrzać.

 
Ale nic nam z tego nie wyszło, bo jedna z dziewczyn z naszego grona skręciła kolano i trzeba było się nią zająć i jechać do szpitala.
Następnego dnia za to wyszło słonko i zarówno w środę jak i w czwartek pogoda była bajeczna. Mróz co prawda sięgał nawet -10 stopni, ale bezchmurne niebo wszystko nam wynagradzało :) Fakt, ze w miejscach, gdzie nie dochodziły promienie słoneczne było chłodno, ale nie ma co narzekać, jak się ma takie widoczki:






W środę wieczorem mieliśmy jeszcze wieczorek z degustacją lokalnych specjałów, czyli wina, specka i sera, połączone z pokazem slajdów z doliny Val Senales, a w czwartek w południe wznosiliśmy toast szampanem na tarasie najwyżej położonego hotelu na lodowcu:

W między czasie trenowaliśmy super giganta:
jeździliśmy rekreacyjnie:
nudziliśmy się na wyciągu:
podziwialiśmy nowe rozwiązania saunowe przy hotelu na stoku:
czy też inne rozwiązania, np. solary na lustrzanych budynkach:
był czas na bombardinio:
i na wyjście na pizzę:
I tak radośnie upłynął nam czas do kolejnej soboty, kiedy to trzeba było opuścić niezbyt gościnne Maso Corto. Czemu niezbyt gościnne, jak wogóle wyglądało, jakie są jego plusy i minusy oraz o Ötzi'm i polskich dniach w następnej notce :)

wtorek, 15 listopada 2011

Weekend na Słowacji


Propozycję wyjazdu dostaliśmy już we wrześniu. Skład osobowy i liczba uczestników wyjazdu zmieniała się co chwilę, ale ostatecznie pojechało nas 9-cioro dorosłych i troje dzieci (1,5, 6, 10). Wyjechaliśmy z domu w czwartek ok. 19.00 i zarówno panowie zgodnie stwierdzili, że choć przez Bielsko jest krótsza droga, to przez Kraków szybsza (wszystkie GPS i mapy internetowe tak sugerowały), bo autostrada, itd. Pierwszy przymusowy postój w korku mieliśmy przed Gliwicami. No, ale tam robią bramki i jest zwężenie - tylko 30 min. stania. Ale jak tuż przed końcem Katowic stanęliśmy na prawie 1,5 godzimy w 7 km korku, to nas trochę wkurzyło. Potem podróż odbywała się już płynnie, ale na miejsce dotarliśmy ok 1.30. Rano, po śniadaniu zebraliśmy się wszyscy, a główna organizatorka przedstawiła plany na cały weekend i zebraliśmy się i pojechaliśmy do Tatralandii. Pojechaliśmy strasznie daleko - niecałe 2 km od naszego pensjonatu.
Tatralandia jest fajna, ale o tej porze roku, to żadna sensacja. Na pewno w lecie jest dużo więcej atrakcji, ale teraz większość była zamknięta. Wewnątrz był tylko jeden basen z różnymi atrakcjami, typu grzybek czy bąbelki i brodzik za atrakcjami dla maluchów, a na zewnątrz 5 basenów - dwa z wodą po 30 stopni, dwa po 37 i ostatni 38 stopni. Do tego 9 zjeżdżalni. Ludzi było sporo, ale nie uciążliwie. Wymoczyliśmy się, wypluskaliśmy, że hej. Najlepsze było bieganie miedzy basenami w samym stroju po mrozie ;) Niby tylko -3 było, ale fajnie. Na takich basenach zewnętrznych z ciepłą wodą byłam już wcześniej, w Livigno (przy -11), czy we Wrocławiu, ale wtedy byłam po prostu w wodzie, a teraz wychodziłam z tych basenów :)
Wracaliśmy do pensjonatu w grupach o różnych porach: najpierw znajomi z 1,5 rocznym synkiem, bo mały nie mógł zasnąć w tym zgiełku, potem, koło 17-stej większość, a w Aquaparku został tylko mój maż i 10-letni synek jednych znajomych - obaj chcieli się jeszcze wyszaleć na zjeżdżalniach, więc ich zostawiliśmy i wrócili dopiero przed 20-stą. Wieczór upłynął na grzanym winie, rozmowach, bilardzie i ping-pongu.
Kolejnego dnia po śniadaniu wyruszyliśmy w góry, w okolice Chopoka.



Niestety żaden z wyciągów nie chodził, a mieliśmy ograniczony czas, więc tylko pospacerowaliśmy po okolicy, porzucaliśmy się śniegiem,


wypiliśmy kawę i pojechaliśmy do Demianowskiej Jaskini Wolności. Wejście było o 12.30, ledwie zdążyliśmy, bo od parkingu do wejścia trzeba było podejść trochę pod górę i to stromo - trasę przewidzianą na 15 minut zrobiliśmy w 5 ! Ale zdążyliśmy. Jaskinia jest cudowna, takie cuda przyroda potrafi stworzyć, że aż się wierzyć nie chce. A najlepsze było to, że oglądając te stalaktyty i stalagmity przed oczami stanęła mi Sagrada Familia - Katedra w Barcelonie - ot, takie jakieś znajome kształty ;) (zastanawiałam się jaką jaskinią sugerował się Gaudi przy tworzeniu tej budowli ;))




Na prawdę warto zwiedzić tą jaskinię, a podobno obok jest jeszcze jedna równie piękna - lodowa, niestety o tej porze roku nieczynna :(
Po lokalnym obiedzie (ja jadłam haluszki z bryndzą, skwarkami i zsiadłym mlekiem) znów pojechaliśmy do Tatralandii (kupiliśmy bilety dwudniowe) i znów pluskaliśmy się do wieczora. A na wieczór tym razem mieliśmy inną rozrywkę, a mianowicie grę "Człowieku nie irytuj się", czyli popularnego "chińczyka". Przy grzanym winie i piwie gra była bardzo zacięta, nie było litości i tak nas wszystkich wciągnęła, że skończyliśmy ok. 2.30 !!!
I tak nadeszła niedziela. Plany były inne - mieliśmy jechać do Liptovskyego Mikulasa, żeby zobaczyć hak, na którym powiesili Janosika, ale plan się zmienił i postanowiliśmy wyjechać wcześniej. Ponieważ my i nasi znajomi - sąsiedzi nie mieliśmy dużo bagaży, to szybko się uwinęliśmy z pakowaniem i poszliśmy jeszcze na spacer po okolicy. Kilkanaście metrów od naszego pensjonatu było przepiękne jezioro.

Wokół góry, przed nami woda, do tego piękne słońce i cisza i spokój - czego chcieć więcej ?! Musieliśmy jednak opuścić to sielankowe miejsce i ruszyliśmy w podróż powrotną. Na trasie mieliśmy zaplanowaną kolejną atrakcję - muzeum Żywca w Żywcu. Jedni znajomi mieszkają w Bielsku-Białej i okolice dobrze znają, więc zaproponowali nam to miejsce. Cała reszta - nie byliśmy tam, więc ruszyliśmy zwiedzać. Kolejne muzeum multimedialne, które bardzo mi się podobało. Zwiedza się je z przewodnikiem, można wszystkiego dotknąć, można pograć w kręgle, można przenieść się w czasie i właśnie wehikuł czasu jest niezły ;) Nie opowiem  Wam, bo to trzeba przeżyć na własnej skórze ;) Kolejne miejsce, które mogę z czystym sumieniem polecić. Zwiedzanie trwa godzinę, a na koniec dostaje się jeszcze upominek i można napić piwa lub soczku w cenie biletu.


Z Żywca pojechaliśmy do Bielska, gdzie poszliśmy najpierw do karczmy na obiad, a potem do znajomych na kawę, a stamtąd już prosto do domku :)
Wyjazd bardzo udany, oderwanie się od rzeczywistości i reset totalny ! Pensjonat, w którym mieszkaliśmy czysty, schludny i przyjemny, gospodarze bardzo mili.

Kuchnia słowacka - podobna do czeskiej, można zjeść smacznie i do syta, choć z bardzo umiarkowaną ilością warzyw (Czesi i Słowacy już tak widać mają ;)). Miejsce urocze zarówno na wyjazd letni, jak i zimowy.
Niestety z wyjazdu mamy tylko kilka zdjęć i to wykonanych komórkami, bo mimo, że tyle nas było nikt (!) nie wziął aparatu.