W ubiegłym roku, przy okazji uchwalania budżetu obywatelskiego i
porównywania jego wysokości do budżetu obywatelskiego w Łodzi (Wrocław
1,2 mln, Łódź 20 mln), prezydent Wrocławia powiedział, że jak się komuś
nie podoba, to niech się do Łodzi przeprowadzi. No to pojechaliśmy ;))
A
tak całkiem serio - już wspominałam, że mamy w Łodzi dobrych znajomych.
Historia naszej znajomości jest długa. Z moją koleżanką poznałyśmy się w 2000
roku, kiedy to razem pracowałyśmy w jednej firmie - ja prowadziłam Biuro
Obsługi Klienta we Wrocławiu, a ona w Łodzi i tak się
zakumplowałyśmy. Długie godziny spędzone na gg i telefonie i poznałyśmy
się bardzo dobrze. Po mniej więcej roku naszą firmę zlikwidowali i
zostałyśmy bez pracy. Nasze kontakty się rozluźniły, wysyłałyśmy sobie
tylko kartki na święta i od czasu do czasu gadałyśmy na gg, ale raczej
rzadko. Wymieniałyśmy się tylko krótkimi informacjami co u nas słychać.
Gdzieś od 2010 znów bardziej się rozgadałyśmy, w 2012 wyjechaliśmy razem
do Maso Corto, potem na Słowację, potem do Livigno. Nasi Mężowie też
się zakolegowali - co jakiś czas robili jakieś zakłady sportowe i potem
sobie wysyłali przegrane alkohole ;))
No ale nigdy ani my nie
byliśmy u nich, ani oni u nas. No i w ubiegły weekend nadeszła ta
wiekopomna chwila ;)) Spakowaliśmy się i zaraz po pracy ruszyliśmy do Łodzi. Po ok. 3 godzinach byliśmy na miejscu. S8
robi się coraz bardziej fantastyczna i coraz dłuższa, jeszcze trochę i w
3 godziny się do stolicy dojedzie !!! Oby tak dalej i ... czemu tak
późno ?!
Przed 20-stą byliśmy u znajomych. zjedliśmy
kolację, wypiliśmy duuuużo wina i gadaliśmy prawie do 2 w nocy ! Więc w
sobotę poranek nam trochę przeciągnął, zanim wstaliśmy, zanim śniadanie,
zanim kawa i tak południe minęło. Ale nasi znajomi zorganizowali nam
dużo atrakcji w mieście. Na pierwszy rzut poszła
Willa Herbsta, obok są lofty w budynkach po starej fabryce Scheiblera, a po drugiej stronie familoki.
Pochodziliśmy to i zgłodnieliśmy - na obiad poszliśmy do
Anatewki na ul. 6 Sierpnia. Oj jakże pysznie było!
Na
"dzień dobry"dostaliśmy cydr, potem przystawki, zupa, drugie danie,
wino i espresso na deser. Do rachunku dostaliśmy po kieliszku miodówki i
na pamiątkę po Żydku z jednogroszówką. Jedzenie było wyśmienite - jak
będziecie w Łodzi szczerze polecam tę restaurację warto !!!
Potem ruszyliśmy do Manufaktury
celem zwiedzania Muzeum ms2 (
w dawnej fabryce Izraela Poznańskiego), bo
bilety z willi Herbsta obowiązywały też na to muzeum. Z muzeum
poszliśmy na drinka w barze, gdzie był telewizor, żeby nasi panowie
mogli obejrzeć choć końcówkę jednego z ćwierćfinałów. Weszliśmy jeszcze
na taras widokowy w Hotelu Andel's
i pomału ruszyliśmy
na Plac Wolności, gdzie swój początek ma ponoć najdłuższy deptak Europy, czyli na sławetną
Piotrkowską.
Zeszliśmy
całą tą część, która jest deptakiem, a w drodze powrotnej weszliśmy na
Piotrkowska Off i tam musieliśmy zabukować się w knajpie na pierwszą
połowę meczu,
bo
akurat lunął deszcz. Wyszliśmy po połowie, a że akurat napatoczył się
lokal z burgerami łódzkimi, to grzech było nie spróbować ;)) Wróciliśmy
do domu koło północy, chłopcy jeszcze pobalowali, a my padłyśmy.
Niedzielę zaczęliśmy nieco wcześniej niż sobotę, ale niewiele. Na pierwszy rzut poszliśmy pod pomnik
"Pęknięte Serce" , który zresztą widać z balkonu od naszych gospodarzy. Potem ruszyliśmy zobaczyć Cmentarz Żydowski, i dalej na na
peron Radogoszcz.
I
jak na tym Radogoszczu byliśmy w mojej głowie otworzyła się mała klapka
i przypomniałam sobie co opowiadał mi dziadek. A mianowicie mój dziadek
w czasie II wojny światowej był przez krótki czas (dokładnie nie wiem
2-3 miesiące) w obozie w Radogoszczu. Nie wiedziałam tylko czy w obozie
czy w areszcie. Dziadek został aresztowany w 1940, gdy oddział jego
wojska został rozbity i trafił właśnie do Łodzi do Radogoszcza. Po jakimś czasie, jak mieli ich gdzieś transportować, uciekli do
partyzantów. A dokumentacja zaginęła podczas pożaru, jak Niemcy uciekali
z Łodzi. Gdzieś mi się ten Radogoszcz w głowie kołatał i dopiero tam do
mnie wszystko dotarło. A że ostatnio trochę w historie rodzinne się
bawię..
Jak poinformowałam o moim dziadku moich kompanów, to zaraz po powrocie do domu wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do
Muzeum na Radogoszczu.
Kolejnym
punktem programu był cmentarz przy ul. Ogrodowej, a właściwie jeden
grobowiec - choć nie wiem czy to odpowiednie słowo - to raczej
Kaplica Scheiblera - istny pałac !!!
A potem kolejny raz do Manufaktury, tym razem do
Muzeum Fabryki Poznańskiego. Potem czasu wystarczyło nam już tylko na obiad w jednej z knajpek na terenie Manufaktury.
Do
domu dotarliśmy koło 19.00 i po kawce, krótko po 20-stej
ruszyliśmy w drogę powrotną. Ruch nie był zbyt duży droga jak już
pisałam idealna, więc w 2,5 godziny byliśmy w domu. Muszę przyznać, że
podobało mi się w Łodzi. Trzeba przyznać, że w porównaniu do Wrocławia
to miasto nowe, ale dzięki temu lepiej przemyślane ! Drogi zorganizowane
rozsądnie, szersze niż u nas, dużo parków i choć dużo zaniedbanych i
brzydkich budynków to jakoś tak przyjemnie ! Bardzo dobre wrażenie
zrobiło na mnie to miasto !