Ten blog powstał przede wszystkim po to, żeby spisać swoje wspomnienia z podróży, bo pamięć jest ulotna. Od wielu lat staram się tworzyć notatki z każdego wyjazdu i jestem zdziwiona jak wiele szczegółów się zaciera. Jeśli przy okazji ktoś może znaleźć coś dla siebie - podpowiedzi, rady, pomysły na podróż - będzie mi bardzo miło. Wszystkie zdjęcia zamieszczone na blogu są zrobione przeze mnie lub przez mojego Męża, jeśli korzystam ze zdjęć z netu będzie o tym stosowna informacja. Zapraszam do czytania
Droga z Kintamiani w dużej części wiła się przez las. Podczas samochodowej wspinaczki zatrzymaliśmy się jeszcze w punkcie widokowym, żeby spojrzeć z góry na jezioro i wulkan Batur i pojechaliśmy dalej.
Pierwszym punktem,
który planowaliśmy zwiedzić w tym dniu była miejscowość Besakih, a właściwie
nie tyle miejscowość, co znajdująca się w niej świątynia. To nie jest zwykła
świątynia – Pura Besakih nazywana jest „Świątynią Świątyń” lub „Świątynią Matką”
i jest uważana za najważniejszą z balijskich świątyń.
Jest to w sumie
kompleks świątynny składający się z 22 świątyń i ponad 200 budowli, położonych
na tarasach i połączonych schodami i wąskimi uliczkami. Początki tego hinduistycznego
miejsca kultu datuje się na VIII wiek, wtedy na zboczu góry (a właściwie
wulkanu) Agung powstała górska świątynia tarasowa Pura Besakith.
Dojechaliśmy na
parking – duży, wielopoziomowy, przestronny z miejscem dla samochodów i autokarów, po drodze do
budynku kasy jest oczywiście pełno stoisk z ubraniami, pamiątkami i innymi
drobiazgami. Bilet wstępu dla osoby dorosłej kosztuje 60.000 IDR (ok. 16 zł), a
w cenę wliczone jest też
Kolejnego dnia zobaczyliśmy jak wygląda nasza miejscówka. Nie ukrywam, że po wyjściu z domu powiedziałam "wow!"
Batur Green Hill
to kilka domków, różnej wielkości, położone na zboczu wulkanu Batur w
miejscowości Kintamani. Domki są przestronne, mają ogromne łóżkai jest czysto. Na terenie ośrodka jest basen
z widokiem na jezioro i wulkan Agung.
Mają tu też kuchnię – śniadania były w
cenie, ale można było zamówić jedzenie w bardzo fajnych cenach. Jedliśmy dwa
razy i do tego piwo i za całkowity rachunek za jedzenie z podatkiem i serwisem
wyniósł 448.000 IDR poniżej 115 zł, a porcje były naprawdę spore.
Jedyną wadą tego miejsca był niesamowite ilości much. Na zewnątrz nie dało się zjeść, bo zaraz dopadała cię zgraja.
Oczywiście
pomiędzy domkami można było ujrzeć szczyt wulkanu Batur i to on był celem tego
dnia.
Już wieczorem po
przyjeździe zapytaliśmy w naszej miejscówce o drogę na szczyt wulkanu. Okazało
się, że w góry też trzeba iść z przewodnikiem! Tak, po całym Bali trzeba się
poruszać z przewodnikami, taki sobie biznes robią. I wcale nie jest to prawdą –
nie ma przepisów, które mówią, że turysta nie może sam korzystać z atrakcji
Bali, to miejscowi narzucają przybyszom swoje zasady.
Duże zaskoczenie
naszych gospodarzy wzbudziła informacja, że owszem, chcemy wejść na wulkan, ale
nie na wschód słońca. Wszyscy wchodzą na wschód słońca! Ostateczne umówiliśmy
się z naszym przewodnikiem, zresztą pracownikiem tego przybytku na godzinę 10.00.
Wycieczka kosztowała nas 700.000 IDR za naszą dwójkę (prawie 180 zł), w cenę
przewodnika wliczony jest wstęp na teren wulkanu.
Dlaczego nie
chcieliśmy iść na wschód słońca? Przede wszystkim dlatego, że naczytałam się,
że na wschód słońca na Batur wchodzą tłumy turystów. Jest tłoczno i trzeba iść
w kolejce, oczywiście z latarkami. Potem zresztą potwierdził to nasz
przewodnik, że na wschodzie słońca bywa nawet po 1.000 osób. Do tego mieliśmy
niezłe wyczucie, bo tego niebo było zachmurzone (jeszcze o 2.00 w nocy padał
deszcz) i nie było ładnego widoku, więc wszystko dobrze się złożyło.
Na wycieczkę
wybraliśmy się po śniadaniu. Droga nie była trudna – początek wiódł przez las i
śmieci, im wyżej było mniej drzew, ale i mniej śmieci (na samym szczycie prawie
żadnych 😉).
Wyżej było bardziej stromo, ale trasa bardzo
przyjemna. Wejście na szczyt zajęło nam
Z hotelu wyjechaliśmy zaraz po śniadaniu, bo no następnego miejsca noclegowego mieliśmy całkiem niezły (jak na tamtejsze warunki) kawałek drogi - ponad 130 km, bo na balijski znaczyło ponad 4 godziny samej podróży, a w zanadrzu mieliśmy jeszcze jedną atrakcję.
Jadąc na wschód,
za miejscowością Singaraja skręciliśmy na południe, do ukrytych wśród dżungli
wodospadów Sekumpul. Na Bali wodospadów jest sporo, ale akurat ten uważany jest
za najpiękniejszy. My widzieliśmy kilka i ten zrobił na mnie naprawdę
największe wrażenie.
Dojazd nie jest
mocno skomplikowany, chociaż trzeba korzystać z nawigacji, bo oznaczeń na
drogach jest nie wiele. Kiedy GPS wskazał, ze jesteśmy na miejscu byliśmy
troszkę zdziwieni, bo trafiliśmy do miejsca, gdzie parking był tylko przy
restauracji i też nie było oznaczenia. Zostawiliśmy więc samochód pytając wcześniej
o zgodę i drogę. Droga okazała się łatwa, po drodze mijaliśmy rozbawione dzieciaczki
i spokojnym krokiem dotarliśmy do informacji turystycznej.
Tam oczywiście
informacja, że na wodospady można wejść tylko z przewodnikiem i nie
inaczej. Wejście z przewodnikiem na tak zwany "long trecking" dla nas dwojga kosztuje 500.000 IDR (ok. 130 PLN). Niestety
nie jest to prawda, można wejść bez przewodnika i koszt takiego wejścia na
wszystkie wodospady w kompleksie wynosi 35.000 IDR (9 PLN) na osobę. Kolejny raz i nie
ostatni na tej wyprawie daliśmy się naciągnąć. I nie było to w formie
propozycji tylko bardziej wymuszenia: „trzeba, inaczej się nie da”.
Sama trasa jest przepiękna,
choć dość stroma i dla osób mniej sprawnych może być lekko problematyczna. Jest
dość dobrze przygotowana, są schody, barierki, wyznaczone ścieżki, ale trzeba
brać pod uwagę warunki panujące po pierwsze w dżungli, a po drugie tuż przy
wodospadzie – bywa ślisko, a stopnie są obrośnięte mchem. Naprawdę przewodnik
nie jest tu nikomu do niczego potrzebny – to tylko naciąganie turystów (kolejny
minus dla Bali).
Jak już wspomniałam
Sekumpul to nie jeden wodospad a kompleks 7 czy 8 wodospadów - zresztą samo
słowo „sekumpul” oznacza po balijsku „kilka”.
Kolejne dwa dni spędziliśmy na północnym zachodzie wyspy, który nieco różni się od południowego Bali, choćby dla tego, że jest tu dużo mniej turystów, rzadko kto tu dociera.
Do hotelu Naya Gawana przyjechaliśmy wieczorem,ale już na
pierwszy rzut oka wiedzieliśmy, że to był dobry wybór. Pokój nie był duży, ale całkiem
klimatyczny, z to łazienka spodobała nam się bardzo – była na zewnątrz. Niestety
to co na pierwszy rzut oka wydawało się super, w rzeczywistości już takie nie
było. A ta rzeczywistość to była chmara komarów, gdy tylko zapadł zmrok.
Naprawdę trudno było się wykąpać, czy skorzystać z toalety!
W ciągu dnia
zwiedziliśmy cały teren hotelu – całkiem spory i zadbany, z porozsiewanym
domkami o różnej wielkości i różnym standardzie. Na terenie znajduje się duży
basen, przystań, a nawet baza nurkowa.
Na śniadania też nie można było narzekać, bo było i urozmaicone i smaczne.
Na terenie były też porozstawiane
dystrybutory zimnej wody.
Okolica hotelu nie
okazała się zbyt interesująca. Typowe domy balijskie, żadnych miejsc wartych
skomentowania albo opisania. Nawet tereny do pozyskiwania soli, były zaniedbane
i poniszczone.
Pierwszego dnia po
śniadaniu wybraliśmy się do Taman Nasional Bali Barat, czyli Parku Narodowego
Zachodniego Bali. Wstęp dla obcokrajowca kosztuje 200.000 IDR (ok. 50 zł), jest
tam kilka tras, można pospacerować, są też inne atrakcje, zwiedzanie jeepem,
czy łódką, ale to już dodatkowo płatne. Dodatkowo płatne jest też zwiedzanie
parku z przewodnikiem (600.000 IDR od osoby zamiast 200.000 IDR) i na wejściu
do parku okazało się, że albo idziemy z przewodnikiem, albo